„Zabrałam dziecko z miejskiego przedszkola. Po tygodniu w prywatnym syn wrócił z płaczem”
Kolorowe, nowocześnie wyposażone sale, ekologiczne posiłki, angielski codziennie i zajęcia dodatkowe wpisane w grafik. Dla wielu rodziców prywatne przedszkole wydaje się spełnieniem marzeń. Ale co, jeśli dziecko wcale tego nie chce? List naszej czytelniczki pokazuje, że czasem to, co wygląda „lepiej” na papierze, wcale nie daje dziecku poczucia bezpieczeństwa.

Napisała do nas mama 5-letniego chłopca, który przez półtora roku chodził do miejskiego, publicznego przedszkola. Kobieta przyznaje, że długo była zadowolona z placówki, ale z czasem zaczęła mieć poczucie, że jej syn „mógłby mieć więcej”. Pod wpływem rozmów ze znajomymi zdecydowała się przenieść go do prywatnego przedszkola. Bardzo szybko pożałowała tej decyzji.
„Dałam się wkręcić, że dobre dzieciństwo musi być premium”
„W publicznym przedszkolu było zwyczajnie. Bez modnych warsztatów, bez codziennych relacji w aplikacji dla rodziców, bez cateringu bio i zajęć z mindfulness dla czterolatków. Ale mój syn lubił tam chodzić. Miał swoich kolegów, uwielbiał panie i codziennie wracał z jakąś śmieszną historią.
I chyba właśnie to ‘zwyczajnie’ zaczęło mi przeszkadzać.
Wokół słyszałam ciągle, że dziś trzeba inwestować w dziecko od najmłodszych lat. Że prywatne placówki mają lepsze podejście, lepsze jedzenie, bardziej świadomą kadrę. Koleżanki pokazywały zdjęcia pięknych sal i planów zajęć swoich dzieci. A ja zaczęłam się zastanawiać, czy moje dziecko czegoś nie traci.
Mąż był przeciwny zmianie, ale ja się uparłam. Uznałam, że robię coś dobrego.
„Po tygodniu syn płakał rano w samochodzie”
Pierwsze dni były dziwne, ale tłumaczyłam sobie, że syn musi się przyzwyczaić. Nowe miejsce było piękne. Pachniało świeżością i pieniędzmi. Dzieci miały zajęcia z hiszpańskiego, robotykę, eksperymenty, jogę. Problem w tym, że mój syn kompletnie się w tym nie odnalazł.
Po kilku dniach zaczął mówić, że nie chce tam iść. Rano bolał go brzuch. Wieczorem pytał, czy może wrócić do starego przedszkola.
Najbardziej rozbiło mnie to, co powiedział któregoś dnia w aucie. Rozpłakał się i zapytał: ‘Mamo, ale dlaczego zabrałaś mnie od moich pań i kolegów?’.
Do dziś mam ciarki, kiedy o tym myślę.
Ja skupiałam się na ofercie przedszkola, a on po prostu kochał swoje miejsce. Swoją grupę. To, że panie znały jego ulubiony kubek i wiedziały, że boi się hałasu podczas występów.
W prywatnym przedszkolu wszystko było perfekcyjne, tylko moje dziecko było tam nieszczęśliwe.
„Zrozumiałam, że dzieci mają inne potrzeby niż rodzice”
Najgorsze było moje poczucie winy. Bo zdałam sobie sprawę, że ta zmiana była bardziej dla mnie niż dla niego. Chciałam mieć poczucie, że daję dziecku coś wyjątkowego. Że jestem ambitną, świadomą matką.
Tylko że mój syn nie potrzebował kolejnych zajęć i idealnie skomponowanego menu. On potrzebował poczucia bezpieczeństwa.
Po miesiącu wróciliśmy do miejskiego przedszkola. Panie przyjęły go tak ciepło, że sama się popłakałam. A on już pierwszego dnia wybiegł do kolegów, jakby wrócił do domu”.
Nie każde dziecko potrzebuje „więcej”
Historie rodziców pokazują, że wybór między publicznym a prywatnym przedszkolem rzadko jest prosty. Dla jednych dzieci dodatkowe zajęcia i nowoczesne podejście będą wspaniałą przygodą. Inne najlepiej odnajdą się tam, gdzie czują bliskość, przewidywalność i relacje.
Łatwo dziś uwierzyć, że lepsze wyposażenie, bogatsza oferta czy wysokie czesne automatycznie oznaczają szczęśliwsze dziecko. Tymczasem wiele dzieci najbardziej potrzebuje rzeczy, których nie da się wpisać do folderu reklamowego: znajomych twarzy, ciepłej atmosfery i poczucia, że są po prostu u siebie.
Zobacz także: „Przeniosłam dziecko z prywatnego przedszkola do państwowego. Po pierwszym zebraniu się rozbeczałam”