„Przeniosłam dziecko z prywatnego przedszkola do państwowego. Po pierwszym zebraniu się rozbeczałam”
Czy naprawdę wysokie czesne oznacza lepszą opiekę i większą troskę o dziecko? Coraz więcej rodziców zaczyna w to wątpić. Historia naszej czytelniczki pokazuje, że czasem warto zaryzykować.

Napisała do nas mama niespełna 5-letniego chłopca, który przez półtora roku chodził do prywatnego przedszkola. Kobieta przyznaje, że długo wierzyła, iż płatna placówka daje dziecku więcej: lepszą opiekę, większą uwagę i bardziej świadomą kadrę. Kilka miesięcy temu podjęła jednak decyzję o przeniesieniu syna do miejskiego przedszkola, w trakcie roku. To, co przeżyła po pierwszym zebraniu z rodzicami, kompletnie ją zaskoczyło.
„Czułam się jak wyrodna matka, kiedy go wypisywałam”
„Nie ukrywam – miałam ogromne wyrzuty sumienia. Wszyscy wokół powtarzali, że skoro raz posłaliśmy dziecko do prywatnego przedszkola, to cofanie się do państwowego jest jak zabieranie mu czegoś lepszego. Serio, słyszałam teksty typu: ‘Oj, zobaczysz różnicę’, ‘Tam jest masówka’, ‘Nikt nie będzie miał czasu dla twojego dziecka’.
A prawda jest taka, że już od kilku miesięcy w tamtym prywatnym przedszkolu coś mi nie grało. Wszystko było piękne na Instagramie. Drewniane zabawki, angielski codziennie, joga dla maluchów, warsztaty sensoryczne i ekologiczne obiady. Tylko że za tym wszystkim zaczęłam widzieć dzieci, które były przebodźcowane i wiecznie zmęczone. Mój syn codziennie wracał rozdrażniony.
Najgorsze było jednak to, że kiedy próbowałam rozmawiać z kadrą, czułam się jak klientka, która przyszła reklamować usługę. Wszystko było wyuczone, profesjonalne i... kompletnie bez emocji. Dzieci miały generować zyski. Tylko to się liczyło, pieniądze.
Podjęliśmy decyzję o zmianie przedszkola, bo wszystko we mnie krzyczało, że ta placówka jak z ulotki nie jest tym, czego moje dziecko potrzebuje. A jednocześnie czułam, jakbym oblewała jakiś egzamin z macierzyństwa, bo przez lata wierzyłam, że prywatne znaczy lepsze.
„Po pierwszym zebraniu siedziałam w aucie i płakałam”
Na pierwsze zebranie w państwowym przedszkolu szłam zestresowana. Wyobrażałam sobie panie, którym się nic nie chce, wieczne pretensje i rodziców siedzących z telefonami w rękach. Wtedy przeżyłam szok.
Nauczycielka świetnie znała dzieci i rodziców. Wiedziała, kto ma problem z zasypianiem, kto tęskni za mamą, kto lubi rysować, a kto potrzebuje więcej czasu przy jedzeniu. Mówiła o nich tak... czule. Normalnie czule.
Jedna z mam zapytała, czy można zrobić dyżury przy pieczeniu ciast na wiosenny piknik. Inna zaoferowała pomoc przy dekoracjach sali. Rodzice rozmawiali ze sobą normalnie, bez przechwalania się dodatkowymi zajęciami i wakacjami za granicą.
Po zebraniu zamknęłam się w aucie i się rozpłakałam. Chyba pierwszy raz od dawna poczułam, że moje dziecko jest po prostu... zaopiekowane. Nie ‘rozwijane’, nie ‘stymulowane’, nie przygotowywane do sukcesu. Po prostu zauważone.
I wtedy dotarło do mnie, jak bardzo wmówiono nam, że dobra matka musi kupować dziecku wszystko w wersji premium, a dziecko potrzebuje przede wszystkim bezpieczeństwa, czułości i poczucia, że jest zauważone”.
Nie ma jednej odpowiedzi
Historia tej mamy poruszyła wielu rodziców w naszej redakcji. Bo prawda jest taka, że doświadczenia rodzin bywają skrajnie różne. Są świetne prywatne przedszkola pełne ciepłych, zaangażowanych ludzi. Są też publiczne placówki, w których dzieci i rodzice nie czują się dobrze. Ale bywa również odwrotnie.
Trudno dziś jednoznacznie odpowiedzieć na pytanie, które przedszkole jest „lepsze”. Wysokie czesne nie zawsze oznacza uważność, empatię i dobrą opiekę. Tak samo państwowe przedszkole nie musi oznaczać miejsca, gdzie „nikomu się nie chce”.
W wielu historiach najważniejsze okazuje się coś zupełnie innego: relacje, poczucie bezpieczeństwa i zwykła ludzka uważność na drugiego człowieka.
Zobacz także: