Pokazał, jak wygląda jadłospis w przedszkolu. „Przecież to jest jakaś kpina. Rodziców nikt nie pytał”
Czy zwykły przedszkolny jadłospis może stać się przedmiotem politycznej awantury? Okazuje się, że tak. Wystarczy kilka dań z warzywami, tofu, soczewicą czy mlekiem sojowym, by pod zdjęciem menu rozpętała się dyskusja o „ideologii na talerzu”.

Użytkownika Facebooka Łukasz Pergoł opublikował kilka zdjęć, które wywołały prawdziwą burzę w... misce zupy, chciałoby się powiedzieć. Zdjęcia przedstawiają jadłospis przedszkolny, który – zdaniem autora – jest dowodem na to, że do placówek wkracza tzw. dieta planetarna.
Post szybko wywołał ogromne emocje. Pod publikacją pojawiło się ponad 2 tys. komentarzy, a internauci zaczęli spierać się nie tylko o to, co powinny jeść dzieci, lecz także o granicę między zdrowym żywieniem a ideologią.
Warzywa, tofu i mleko sojowe. Co tak oburzyło autora?
Na przedstawionych jadłospisach znalazły się zarówno bardzo tradycyjne dania, jak i propozycje, które część rodziców może uznać za mniej typowe dla przedszkolnej kuchni.
W menu pojawia się między innymi chleb mieszany z masłem i serem żółtym, papryka, pomidor malinowy i kawa na śniadanie, a na drugie śniadanie jogurt i banan. Na obiad dzieci mogą dostać zupę z fasolki szparagowej na wywarze warzywnym, makaron z truskawkami i kompot.
Innego dnia zaplanowano zupę ogórkową na wywarze warzywnym, fasolkę po bretońsku z warzywami i ziemniakami oraz wodę z cytryną. Są też budyń jaglany na mleku, mleko sojowe, zupa z marchewki z makaronem z soczewicy czy pieczone kotleciki z cieciorki i tofu.
Łukasz Pergoł uznał jednak, że taki sposób komponowania posiłków jest przejawem „lewicowej ideologii”. We wpisie napisał o „diecie planetarnej” i zarzucił, że „ideologia na talerzu” wkracza do przedszkoli.
Trudno się więc dziwić, że część komentujących zaczęła pytać, co właściwie jest nie tak z przedstawionym menu.
„Możesz mi rozrysować, co jest tutaj nie tak z tym jadłospisem? Kalarepa? Czy może herbata rumiankowa?” – zapytała jedna z osób.
Autor odpowiedział jej jednak zdecydowanie. Jego zdaniem problemem są między innymi dania przygotowywane na wywarze warzywnym oraz makaron z truskawkami.
„Zupa na wywarze warzywnym to jest bezwartościowe danie. Makaron z truskawkami, to już w ogóle... Tylko niepotrzebne węgle. Dwa dni dziecko dostaje na obiad bezwartościowe pożywienie” – stwierdził.
Chcesz zobaczyć tę treść?
Aby wyświetlić tę treść, potrzebujemy Twojej zgody, aby Facebook i jego niezbędne cele mogły załadować treści na tej stronie.
„W sumie normalny jadłospis”. Rodzice nie widzą w nim ideologii
W komentarzach szybko pojawił się jednak drugi punkt widzenia. Dla wielu osób pokazane menu nie wyglądało jak eksperyment żywieniowy, tylko jak całkiem zwyczajny, różnorodny jadłospis dla dzieci.
„Bardzo urozmaicony jadłospis. Nie rozumiem problemu. Tylko się cieszyć. Dzieci przedszkolne, oprócz oczywiście dzieci, które mają zdiagnozowane alergie, mogą jeść prawie wszystko, co dorosły człowiek. Chyba że do tej pory dieta w domu była bardzo uboga i to jest problem rzeczywiście. Organizm nieprzyzwyczajony, a i dziecko nie wie, co zupa, to druga sprawa” – napisała jedna z komentujących.
Ktoś inny zwrócił uwagę na jeszcze jeden aspekt – dziecięce upodobania.
„Ile dzieci przepada i lubi jeść zupy warzywne? Brokuły? Kalafiory? Fasolki... Większość tych posiłków w koszu wyląduje. Marnotrawstwo” – czytamy w komentarzu. Nie wszyscy mieli jednak podobne doświadczenia.
„W sumie normalny jadłospis. Podobny miała już moja córka wcześniej w przedszkolu. Najchętniej zjadała zupy, zawsze prosiła o dokładkę” – napisała kolejna osoba.
Właśnie tutaj zaczyna się ciekawsza dyskusja. Bo być może problem nie zawsze tkwi w tym, czy w jadłospisie pojawia się tofu, soczewica albo mleko sojowe. Dla jednego rodzica będzie to przykład urozmaicenia diety, dla innego – niepotrzebnego eksperymentowania z jedzeniem dziecka.
Czy rodzice naprawdę zaczęli tak bardzo interesować się przedszkolnym menu?
W całej dyskusji pojawił się również komentarz, który trafił w samo sedno internetowej awantury. Był ironiczny, ale trudno nie zauważyć jego drugiego dna.
„Ja już widzę pierwsze korzyści wynikające ze zmiany przedszkolnej diety. Nigdy wcześniej rodzice (a zwłaszcza ojcowie) w takim stopniu nie interesowali się tym, co jedzą ich dzieci” – napisał jeden z internautów.
Rzeczywiście – trudno oprzeć się wrażeniu, że w tej historii jadłospis stał się czymś więcej niż listą dań. Stał się symbolem szerszego sporu o to, kto powinien decydować o tym, jak wygląda dieta dzieci i gdzie kończy się troska o ich zdrowie, a zaczyna światopogląd.
Bo przecież można dyskutować o tym, czy konkretna zupa jest pożywna, czy dzieci chętnie zjedzą kotleciki z cieciorki i czy makaron z truskawkami powinien pojawiać się na przedszkolnym stole. Można też pytać, czy każde nowe zalecenie żywieniowe rzeczywiście sprawdza się w przypadku małych dzieci.
Ale określanie każdego posiłku zawierającego warzywa strączkowe, tofu czy napój roślinny mianem „ideologii” prowadzi dyskusję w zupełnie inną stronę.
Zobacz także:
- Dieta planetarna w szkołach od września. Dietetyczka wyjaśnia, czy ograniczenie mięsa jest bezpieczne dla dziecka
- To już nieodwołalne: od września dieta planetarna wejdzie do szkół. Co zniknie z talerzy dzieci?
- Kuchenne rewolucje w szkołach. Od 1 września dieta roślinna będzie obowiązkowa raz w tygodniu