Ciocia w przedszkolu: „Krzyczę na dzieci, bo są niewychowane. To wina rodziców”
Choć obiecywałam sobie, że nigdy nie będę „tą krzyczącą panią”, brutalna rzeczywistość i całkowity brak wychowania u dzieci zmusiły mnie do stosowania takich, a nie innych metod. Niestety, rodzice sami są sobie winni.

Droga Redakcjo. Piszę do Was, bo czuję, że pękam. Od dziesięciu lat pracuję jako nauczycielka w przedszkolu i z każdym rokiem jest coraz gorzej. Kiedyś nauczycielka była autorytetem, a dziś dla wielu dzieci jestem tylko kolejną osobą do bicia, opluwania i ignorowania. Wiem, że wyleje się na mnie fala hejtu, ale powiem to głośno: tak, zdarza mi się krzyknąć na dzieci. Nie dlatego, że jestem sadystką, ale dlatego, że są kompletnie niewychowane i jest to bezpośrednia wina ich rodziców, którzy abdykowali ze swojej roli dla świętego spokoju.
Zwykłe prośby już dawno przestały działać
Przychodzę do pracy z misją, z głową pełną pomysłów na kreatywne zabawy, ale większość mojego dnia to rozdzielanie bijących się trzylatków i próba przekrzyczenia wrzasku, który nie wynika z radości, a z furii, że coś nie jest na już. Dzieci trafiają do nas bez znajomości słowa „nie” oraz „poczekaj”. Kiedy w grupie mam dwadzieścioro pięcioro maluchów, z których każde uważa się za pępek świata, atmosfera staje się nie do zniesienia.
Gdy pięć razy proszę spokojnym głosem: „Zostaw klocki, idziemy na obiad”, a grupa ignoruje mnie, rzucając zabawkami w ściany, w końcu puszczają mi nerwy. Krzyk staje się jedynym sygnałem, który przebija się przez ich barierę roszczeniowości. To straszne, że dopiero podniesiony ton sprawia, że dziecko w ogóle zauważa obecność dorosłego. Rodzice w domach nie stawiają granic, więc my w przedszkolu stajemy pod ścianą − albo damy wejść sobie na głowę, albo będziemy tymi złymi ciociami, które krzyczą.
Abdykacja rodziców, czyli wychowanie przerzucone na barki cioć
Najgorsze są rozmowy z rodzicami. Kiedy zgłaszam, że dziecko bije kolegów albo niszczy prace innych, słyszę: „On taki jest, ma silny charakter” albo „W domu tak nie robi”. To kłamstwo. Dzieci są lustrem tego, co dzieje się w domu. Dzisiejsi rodzice boją się własnych dzieci. Wolą dać tablet do obiadu, niż nauczyć siedzenia przy stole. Wolą ustąpić przy każdym wymuszonym płaczu, niż zmierzyć się z histerią.
Potem takie bezstresowo wychowane dziecko przychodzi do grupy i przeżywa szok, bo kredki trzeba dzielić, a pani nie jest na każde zawołanie. Wtedy zaczyna się agresja. My, nauczycielki, mamy być terapeutkami, animatorkami i sprzątaczkami, a rodzice wymagają od nas cudów, sami nie dając dzieciom żadnych podstaw kultury osobistej. To wina rodziców, że dzisiejsze przedszkola przypominają poligon, a nie miejsce bezpiecznego rozwoju.
Większość nauczycielek jest wypalona zawodowo
Czuję się wyczerpana udawaniem, że wszystko jest w porządku. W mediach społecznościowych przedszkola pokazują piękne zdjęcia uśmiechniętych dzieci, ale nikt nie wrzuci nagrania, jak ciocia trzęsie się z emocji po ośmiu godzinach w hałasie przekraczającym normy w fabryce. Krzyczę, bo czuję się bezsilna. Krzyczę, bo chcę, żeby dzieci były bezpieczne, a one potrafią wbiegać pod huśtawki lub gryźć się do krwi tylko dlatego, że nie dostały czerwonego autka.
Jeśli państwo, jako rodzice, nie zaczniecie wymagać od swoich dzieci szacunku do innych ludzi i przedmiotów, to za chwilę w przedszkolach nie będzie miał kto pracować. Nikt o zdrowych zmysłach nie wytrzyma w tym zawodzie długo, będąc workiem treningowym dla niewychowanych maluchów.
Kocham moją pracę, ale nienawidzę tego, kim się w niej staję przez Wasze zaniedbania wychowawcze. Zanim ocenicie krzyczącą panią, spójrzcie w lustro i zapytajcie siebie, czy nauczyliście swoje dziecko słuchać kogokolwiek.
Agata
Napisz do nas: redakcja@mamotoja.pl
Zobacz też: Matka pozwoliła dziecku nie zjeść obiadu. Babcia nie miała litości: „To rodzicielstwo uległości”