„Do wygodnickich rodziców, którzy odbierają dzieci z przedszkola o 17: nie wstyd wam, że one tam płaczą?"
Piszę do Was, bo serce mi pęka, gdy codziennie o trzynastej widzę te same, smutne oczy dzieci czekających na rodziców. Nie rozumiem, jak można świadomie skazywać własne dziecko na dziesięć godzin w hałasie i obcych rękach, kiedy w domu czeka spokój i miłość.

Nazywam się Anna i jestem mamą czteroletniego Antosia. Piszę ten list pod wpływem impulsu, a właściwie pod wpływem ścisku w gardle, który towarzyszy mi każdego dnia, gdy parkuję pod przedszkolem mojego syna. Jest godzina 13:00, czas zaraz po obiadku. Mój synek wybiega do mnie z uśmiechem, szczęśliwy, że teraz mamy czas dla siebie.
Ale obok niego widzę inne dzieci. Widzę Zuzię, widzę Krzysia, widzę małą Majeczkę. One nie wychodzą. One zostają. Zostają na kolejne cztery, czasem pięć godzin. I to o nich, a raczej o ich rodzicach, chcę dziś napisać kilka gorzkich słów.
Przedszkole to nie przechowalnia na cały dzień
Zastanawiam się często, po co niektórzy ludzie decydują się na dzieci. Czy po to, żeby odfajkować rolę rodzica rano przy śniadaniu, a potem odebrać wieczorem zmęczone, przebodźcowane i zapłakane dziecko, które marzy tylko o kąpieli i spaniu? Ja nie po to mam dziecko, żeby podrzucać je na przechowanie do placówki na cały dzień. Dla mnie bycie mamą to obecność. Kiedy planowałam macierzyństwo, wiedziałam, że to ja chcę wychowywać Antosia, a nie panie przedszkolanki, choćby były najmilsze na świecie.
Wielu z Was powie pewnie: „Aniu, musimy pracować”. Ale czy na pewno? Czy to zawsze jest kwestia przetrwania, czy może po prostu wygody i chęci odpoczynku od własnego dziecka? Kiedy z Antosiem wracamy z placu zabaw i mijamy przedszkole koło 18, widzę te mamy, które odbierają pociechy z idealnym makijażem, po kawie z koleżanką albo po spokojnych zakupach. W tym czasie ich dzieci snują się po opustoszałej sali, co chwilę pytając panią: „Czy moja mama już idzie?”.
Czy Wam, drodzy rodzice, naprawdę nie jest wstyd? Jak możecie spokojnie siedzieć w biurze czy w kawiarni, wiedząc, że Wasz skarb jest ostatnim dzieckiem w grupie?
Samotność za zamkniętymi drzwiami placówki
Dziecko do godziny 13:00 ma za sobą mnóstwo atrakcji − zajęcia, zabawę, posiłki. To jest czas intensywnej pracy dla małego mózgu. Po obiedzie następuje kryzys. Każdy psycholog powie, że maluch potrzebuje wtedy wyciszenia i bliskości rodzica. Tymczasem w przedszkolach zaczyna się świetlica. Grupy są łączone, dzieci są zmęczone, zaczynają się kłótnie, płacz i apatia. To nie jest czas rozwoju, to jest czas przetrwania.
Mój Antoś o 13:30 jest już w swoim pokoju, odpoczywamy, czytamy książeczki, idziemy na spacer. On widzi świat, nie tylko cztery ściany sali przedszkolnej. Kiedy patrzę na dzieci odbierane o 17, widzę w nich rezygnację. One już nawet nie płaczą głośno, one płaczą cicho, w środku. Są szare na twarzach, osowiałe.
Czy ta dodatkowa godzina w pracy albo spokojne sprzątanie domu w samotności są naprawdę warte tego smutku w oczach dziecka? Przecież te lata już nie wrócą. One nie będą wiecznie małe i nie będą wiecznie tak bardzo nas potrzebować. Teraz jesteśmy dla nich całym światem, a my ten świat ograniczamy im do przedszkolnego dywanu.
Wygodnictwo rodziców kosztem emocji dziecka
Najbardziej boli mnie to, że żyjemy w kulturze, która promuje wolność rodzica kosztem dziecka. Mówi się nam, że musimy się realizować, że mamy prawo do odpoczynku. Tak, mamy, ale nie kosztem emocjonalnego bezpieczeństwa naszych dzieci! Odbieranie dziecka późnym popołudniem stało się normą, nad którą nikt się nie zastanawia. A ja się zastanawiam i serce mi pęka. Widzę te maluchy, które stoją przy oknie i wypatrują znajomego samochodu. Każdy dźwięk otwieranych drzwi to dla nich iskierka nadziei, która gaśnie, gdy do sali wchodzi inna mama, po inne dziecko.
Apeluję do Was, rodzice. Spróbujcie choć raz spojrzeć na to oczami Waszego dziecka. Ono nie rozumie, że macie deadline, że chcecie zrobić trening albo że po prostu potrzebujecie chwili dla siebie. Ono czuje się zostawione. Nie kupicie ich miłości nowymi zabawkami, które sfinansujecie z nadgodzin. One potrzebują Waszego czasu teraz, a nie w biegu między kolacją a spaniem.
Przedszkole to pomoc, a nie zastępczy dom. Nie róbcie z niego hotelu dla swoich dzieci, bo ta rozłąka rzuci cień na całą Waszą relację w przyszłości. Czy naprawdę warto tak ryzykować dla odrobiny własnej wygody?
Anna, mama Antosia
Napisz do nas: redakcja@mamotoja.pl
Zobacz też: Podjechała pod przedszkole o 18 i usłyszała 2 słowa. „Przedszkolanka nie miała prawa tak mnie obrażać”