Reklama

Droga Redakcjo. Poczułam się upokorzona i oceniona, choć przecież nikomu nie zrobiłam krzywdy − po prostu jestem pracującą kobietą, która nie zawsze ma kontrolę nad tym, co dzieje się w biurze.

Nagła sprawa w pracy i wyścig z czasem

Prowadzę życie, jak tysiące innych matek − od rana do wieczora na wysokich obrotach. Moje przedszkole jest czynne do 17:30. Zazwyczaj jestem tam punktualnie, ale wczoraj w mojej firmie wybuchł prawdziwy pożar. Ważny projekt, nagła awaria systemu, telefony, które nie przestawały dzwonić. Nie mogłam po prostu wstać i wyjść, zostawiając wszystko w rozsypce, bo od tego zależy moja posada i pieniądze na nasze życie. Kiedy tylko udało mi się wszystko opanować, wybiegłam z biura, czując, jak serce wali mi w piersiach.

Jazda przez miasto w korkach była horrorem. Patrzyłam na zegarek i modliłam się, żeby zdążyć, choć wiedziałam, że spóźnienie jest nieuniknione. Kiedy w końcu podjechałam pod przedszkole, była równo 18:00. Pół godziny po czasie. Wbiegłam zdyszana, przygotowana na to, by przepraszać, by wytłumaczyć, że to wyjątkowa sytuacja. Ale nie zdążyłam nawet otworzyć ust. Pani przedszkolanka, stojąca już w płaszczu z moim synkiem, zmierzyła mnie lodowatym wzrokiem i rzuciła z jadowitą ironią: „Trochę późno”.

Przedszkolanka nie ma prawa mnie oceniać

Te dwa słowa uderzyły mnie mocniej niż jakakolwiek inna obelga. W tym krótkim „Trochę późno” było wszystko: pogarda, oskarżenie o to, że jestem złą matką, sugestia, że praca jest dla mnie ważniejsza niż dziecko. Poczułam, jak krew uderza mi do głowy. Chciałam jej wykrzyczeć, że nie siedziałam w tym czasie na kawie z koleżanką, że nie robiłam paznokci ani zakupów w galerii. Ciężko pracowałam! Pracowałam na czesne, na ubrania dla synka, na jego wakacje.

Uważam, że przedszkolanka nie miała prawa tak mnie obrażać. Przecież to jest jej praca! Wybrała zawód polegający na opiece nad dziećmi, a dzieci to nie są paczki, które można odłożyć na półkę o wyznaczonej godzinie. Rozumiem, że każdy chce wrócić do domu, ale w życiu zdarzają się sytuacje losowe. Jesteśmy tylko ludźmi. Czy naprawdę tak trudno o odrobinę empatii i zrozumienia dla matki, która i tak ledwo zipie pod ciężarem obowiązków? Takie komentarze są po prostu nieprofesjonalne. Płacę za opiekę i oczekuję, że jeśli raz na pół roku zdarzy mi się spóźnienie, to nie zostanę potraktowana jak przestępca.

Brak szacunku dla pracujących matek to skandal

Mam wrażenie, że w przedszkolach wciąż pokutuje myślenie, że matka powinna być na każde zawołanie, a praca zawodowa to jakaś mało istotna fanaberia. Moja teściowa, kiedy jej o tym opowiedziałam, tylko przytaknęła pani z przedszkola, mówiąc, że „za jej czasów dzieci odbierało się wcześniej”. Ale świat się zmienił! Dzisiaj od kobiet wymaga się bycia idealnymi w biurze i idealnymi w domu. A kiedy te dwa światy się zderzają, obrywamy z każdej strony.

Nie życzę sobie takich uwag od osoby, której płacę za wykonanie konkretnej usługi. Jeśli przedszkole wyznacza godziny pracy, to oczywiście staram się ich trzymać, ale odrobina elastyczności i zwykłej, ludzkiej życzliwości powinna być standardem. Pani przedszkolanka nie wie, ile stresu kosztowało mnie to spóźnienie, jak bardzo bolał mnie brzuch z nerwów, gdy stałam w korku. Zamiast usłyszeć „Nic się nie stało, synek się ładnie bawił”, dostałam cios w plecy. To się w głowie nie mieści.

Chciałabym, żeby pracownicy placówek zrozumieli, że my, rodzice, nie spóźniamy się złośliwie. My po prostu próbujemy przetrwać w tym zwariowanym świecie, a takie komentarze tylko odbierają nam resztki sił.

Z poważaniem,

Anna


Napisz do nas: redakcja@mamotoja.pl

Zobacz też: Młode matki rozczarowane rodzicami. „Babcia ani razu nie przywiozła wnukom obiadu”

Reklama
Reklama
Reklama