Spóźniła się do przedszkola 40 minut. Opiekunka nie wytrzymała: „Rodzice robią z nas darmowe nianie”
Problem spóźniających się rodziców to zmora wielu publicznych i prywatnych placówek opiekuńczych w całym kraju. Przeczytaj niezwykle poruszający list doświadczonej nauczycielki, która po kolejnym piątkowym wieczorze spędzonym w pustej sali z zapłakanym dzieckiem postanowiła głośno powiedzieć to, o czym milczy całe środowisko oświatowe.

Piszę do Państwa w piątek wieczorem, zaledwie godzinę po tym, jak wreszcie udało mi się zamknąć drzwi mojej grupy i wyjść do domu. Zamiast cieszyć się weekendem i odpoczywać po ciężkim tygodniu pracy z dwudziestką pięciolatków, siedzę w kuchni i trzęsą mi się ręce z emocji oraz totalnego poczucia niesprawiedliwości.
Jestem nauczycielką wychowania przedszkolnego od prawie dziesięciu lat, kocham te dzieciaki nad życie i oddaję im całe swoje serce, ale dzisiaj pękła we mnie pewna granica. Kolejny raz w tym miesiącu jedna z matek spóźniła się po swoje dziecko ponad czterdzieści minut, nie racząc nawet zadzwonić, napisać SMS-a czy przeprosić, gdy weszła wreszcie do szatni. Muszę to wreszcie napisać głośno, bo całe nasze środowisko ma już tego serdecznie dość: rodzice robią z nas darmowe nianie i kompletnie nie szanują naszego życia prywatnego.
Odbieranie dzieci z przedszkola po godzinach jako smutna norma
Nasza placówka jest otwarta od godziny siódmej rano do siedemnastej i te zasady są jasno określone w regulaminie, który każdy rodzic podpisuje na początku września. Niestety, dla wielu osób te godziny są jedynie luźną sugestią. Dzisiejsza sytuacja przerosła jednak wszystko − wybiła godzina siedemnasta, całe przedszkole opustoszało, w budynku zostałam tylko ja, pan woźny i mały Jurek, który kurczowo trzymał się mojej spódnicy i co chwilę pytał, czy mama o nim zapomniała.
Wykonałam trzy telefony do matki, ale żaden nie został odebrany, a w mojej głowie narastał potworny stres, bo zgodnie z procedurami po pewnym czasie powinnam zawiadomić policję i sąd rodzinny.
Kiedy kobieta w końcu raczyła się pojawić, z rozbrajającym uśmiechem rzuciła na wejściu, że były potworne korki na mieście, a potem jeszcze musiała zrobić szybkie zakupy na weekend, bo lodówka była pusta. Ani słowa przepraszam w stronę zmęczonego dziecka, ani jednego ciepłego słowa do mnie za to, że siedziałam z jej synem po godzinach mojej pracy.
To jest właśnie ten porażający brak empatii i roszczeniowość, z którą spotykamy się w przedszkolach niemal codziennie. Wielu rodziców wychodzi z założenia, że skoro płacą podatki albo czesne, to nauczyciel ma obowiązek siedzieć z ich dzieckiem tak długo, jak im się żywnie podoba, bez względu na zegarek.
Praca w przedszkolu i dramat zapomnianych dzieci
Najgorsze w tym wszystkim nie są nawet moje zmarnowane minuty, ale potworne koszty emocjonalne, jakie ponoszą te niewinne maluchy. Rodzice nie widzą, co dzieje się w sercu dziecka, które jako jedyne zostaje w sali, gdy wszystkie inne dzieci poszły już do domów. Jurek płakał, biegał do okna przy każdym dźwięku samochodu na parkingu i z minuty na minutę stawał się coraz bardziej wycofany. Próbowałam go zagadywać, czytać bajki i udawać, że wszystko jest w porządku, ale pięciolatek doskonale wyczuwa nerwową atmosferę i wie, że coś jest nie tak.
To potworna krzywda, jaką dorośli wyrządzają własnym dzieciom przez swoją złą organizację czasu lub zwyczajne lekceważenie obowiązków. Te dzieci czują się po prostu porzucone i niepotrzebne, a my musimy potem łatać te małe, zranione serduszka i wycierać łzy. Co mam powiedzieć takiemu maluchowi, gdy pyta mnie, dlaczego mamusia woli stać w kolejce w markecie, zamiast przytulić go po całym dniu rozłąki? To potworny widok, który zostaje w mojej pamięci na bardzo długo.
Szacunek do czasu pracy nauczyciela przedszkola
Chciałabym, żeby rodzice wreszcie zrozumieli, że my też jesteśmy ludźmi, mamy swoje domy, swoje dzieci czekające w innych placówkach oraz swoje prywatne plany i obowiązki. Moje nadgodziny spędzone w sali z nieodebranym dzieckiem nie są w żaden sposób rejestrowane ani opłacane − robię to z czystej odpowiedzialności za zdrowie i życie malucha, bo przecież nie zostawię go samego na ulicy.
Apeluję do Państwa za pośrednictwem tego listu o nagłośnienie tego problemu, bo skala zjawiska jest porażająca i niszczy nas od środka jako grupę zawodową. Przestańcie traktować przedszkole jak całodobową przechowalnię, a wychowawczynie jak darmowe nianie, które nie mają własnego życia poza murami placówki. Szanujmy się nawzajem, szanujmy swój czas i przede wszystkim dbajmy o emocje naszych dzieci, dla których każda minuta spóźnienia rodzica to wieczność pełna strachu i niepewności.
Ola
Napisz do nas: redakcja@mamotoja.pl
Zobacz też: „Mamusiu, pani mnie pominęła”. Gdy zobaczyła prezent zastępczy z przedszkola, rozpłakała się razem z synem