Reklama

Jestem mamą 3-letniego Tymona, który od września ma dumnie zadebiutować w grupie trzylatków. Zamiast cieszyć się z tego nowego etapu w naszym życiu i ze spokojem kompletować wyprawkę, ja po prostu ryczę po kątach ze stresu. Wszystko przez bezwzględne wymagania i, nie ukrywajmy, potworny brak empatii ze strony dyrekcji i pań wychowawczyń.

Żądają, by trzylatek potrafił sam korzystać z toalety, a argumentacja, jaką usłyszałam z ust pani dyrektor, dosłownie zwaliła mnie z nóg. Otóż okazało się, że panie w przedszkolu nie są od paprania się w pieluchach i jeśli mój syn nie pożegna się z pampersami, to po prostu nie zostanie wpuszczony do sali.

Pieluchy w przedszkolu. Pani dyrektor ucięła dyskusję

Mój syn jest cudownym, bardzo bystrym chłopcem, ale akurat w kwestii toalety idzie nam jak po grudzie. Od kilku miesięcy walczymy z nocnikiem, biegam za nim z majtkami, tłumaczę, prosimy, kupiliśmy nawet specjalne książeczki o żegnaniu pieluszki, ale on wciąż potrafi się zaciąć, zestresować i po prostu kontrolować swoje potrzeby tylko wtedy, gdy ma na sobie pampersa. Wszyscy powtarzają mi, że każde dziecko ma swój własny rytm i zmuszanie trzylatka na siłę do odpieluchowania w okresie potężnego stresu adaptacyjnego to prosta droga do kłopotów.

Gdy spróbowałam spokojnie zapytać, co w sytuacji, gdy dziecko wciąż miewa wpadki i potrzebuje pomocy w łazience, pani dyrektor ucięła dyskusję. Oświadczyła, że przedszkole publiczne to nie żłobek, one mają w grupie dwadzieścioro pięcioro dzieci i zero etatów dla pomocy nauczyciela, więc nikt nie zamierza tracić czasu na mycie obsikanych nóg i zmienianie pieluch. To jest dla mnie skrajne lenistwo i pójście na łatwiznę ze strony personelu.

Czy opiekunki mogą odmówić przyjęcia malucha z pieluchą?

Najbardziej rozwala mnie w tym wszystkim fakt, że nikt z kadr przedszkolnych nie bierze pod uwagę emocji tego małego dziecka. Zamiast budować bezpieczną atmosferę i wspierać młodych rodziców w trudnym procesie adaptacji, przedszkolanki fundują nam i dzieciom jakiś wyścig z czasem. Hania, córeczka mojej sąsiadki, poszła rok temu do tego samego przedszkola i z powodu stresu przed nowym miejscem zaczęła się z powrotem moczyć w majtki, a panie, zamiast ją przytulić, kazały matce natychmiast zabierać małą do domu w samym środku dnia pracy.

Uważam, że mam pełne prawo oczekiwać, że publiczna placówka pomoże mi w opiece nad dzieckiem. Wychodzi na to, że fundujemy pensje dla personelu, który chce pracować tylko ze sterylnymi, idealnie zaprogramowanymi dziećmi, a trudniejsze obowiązki zrzuca bezczelnie na barki zmęczonych rodziców.

Jak asertywnie rozmawiać z dyrekcją przedszkola o wpadkach w toalecie?

Z tego, co wiem, przepisy mówią jasno, że przedszkole publiczne nie ma prawa skreślić dziecka z listy z powodu noszenia pieluszki, ale co z tego, skoro w praktyce jest inaczej? Chciałam zapytać inne czytelniczki: jak to wyglądało u Was? Czy Wasze trzylatki szły do przedszkola w pełni odpieluchowane, czy też spotkałyście się z takimi chamskimi odzywkami ze strony personelu? Potrzebuję rady i wsparcia.

Pozdrawiam całą Redakcję,

Iza


Napisz do nas: redakcja@mamotoja.pl

Zobacz też: To najgorsze, co widziała podczas dyżuru w przedszkolu. „4-latek telefon umie obsłużyć, ale załatwia się do pieluchy”

Dziękujemy, że przeczytałaś/eś nasz artykuł do końca. Bądź na bieżąco! Obserwuj nas w Google.
Reklama
Reklama
Reklama
Loading...