To najgorsze, co widziała podczas dyżuru w przedszkolu. „4-latek telefon umie obsłużyć, ale załatwia się do pieluchy”
Dyżury wakacyjne w przedszkolach to wyzwanie nie tylko dla dzieciaków i ich rodziców, ale również dla nauczycieli. Do grup trafiają dzieci z różnych placówek, a wraz z nimi rodzice, których wcześniej nie znali. To właśnie wtedy – jak mówi jedna z pedagożek – najłatwiej dostrzec różnice w podejściu do wychowania.

Pracując z tą samą grupą dzieci, nauczyciele są w stanie dobrze poznać ich potrzeby, znają ich historie i wszelkie rodzinne zawirowania. Wakacyjne dyżury wyglądają jednak inaczej. W jednej sali spotykają się dzieci z różnych przedszkoli, a nauczyciele poznają rodziców, z którymi wcześniej nie mieli żadnego kontaktu.
Jedna z nauczycielek wychowania przedszkolnego przyznaje, że właśnie w tym okresie najczęściej wraca do domu z poczuciem, że współczesne rodzicielstwo bardzo się zmieniło.
– Co roku coś mnie zaskakuje, ale w tym roku długo nie mogłam przestać myśleć o jednym chłopcu. Miał cztery lata, przyszedł do przedszkola w pieluszce, a przez cały czas w szatni był zajęty telefonem. Mama musiała go przekupstwem zmusić, żeby zostawił telefon w szatni i poszedł do sali – opowiada.
„Mam wrażenie, że rodzice pomylili priorytety”
Nauczycielka podkreśla, że nie zna historii tej konkretnej rodziny i nie wie, czy za późnym odpieluchowaniem nie stoją względy zdrowotne lub rozwojowe. Jednocześnie przyznaje, że jako pedagog coraz częściej widzi pewien powtarzający się schemat.
– Mam wrażenie, że jako dorośli pomyliliśmy priorytety. Potrafimy godzinami zastanawiać się, jaki tablet kupić dziecku albo jak ustawić blokadę rodzicielską w telefonie, a znacznie rzadziej poświęcamy tyle samo czasu na uczenie samodzielności. Czasem odnoszę wrażenie, że ekran stał się wygodniejszy niż cierpliwe bycie z dzieckiem.
Dodaje, że telefon bardzo często pojawia się już od progu przedszkola.
– Rodzic chce szybko wyjść do pracy, więc daje telefon, żeby dziecko nie płakało, nie marudziło i nie zabierało czasu. Rozumiem pośpiech. Rozumiem zmęczenie. Ale jeśli ekran staje się odpowiedzią na każdą trudniejszą sytuację, to zaczynam się zastanawiać, kto tak naprawdę wychowuje to dziecko – rodzic czy algorytm.
„Najbardziej szkoda mi dzieci”
Najwięcej emocji budzi w niej jednak coś innego.
– Czasami mam wrażenie, że dorośli nie zdają sobie sprawy, jak wygląda to z perspektywy dziecka. Czterolatek w pieluszce to dziś w przedszkolu rzadkość. Dzieci zauważają takie rzeczy. Zadają pytania, czasem komentują, czasem się śmieją. Najbardziej szkoda mi właśnie tego dziecka, bo ono nie ponosi odpowiedzialności za decyzje dorosłych.
Nauczycielka zaznacza, że nie chodzi o ocenianie pojedynczych rodzin.
– Są dzieci z zaburzeniami rozwoju, z problemami zdrowotnymi, są sytuacje, w których odpieluchowanie rzeczywiście trwa dłużej. To zupełnie inna historia. Mówię o przypadkach, kiedy widzę zdrowego, sprawnego czterolatka, a rodzice mówią: „Jeszcze nam się nie chciało”, „Jeszcze przyjdzie na to czas”, „Na wakacjach spróbujemy”. Słyszę takie zdania częściej, niż wielu osobom mogłoby się wydawać.
Jej zdaniem współczesnym rodzicom coraz trudniej zaakceptować, że wychowanie wymaga czasu.
– Nauczyliśmy się oczekiwać natychmiastowych efektów. Telefon uspokaja dziecko w minutę. Bajka rozwiązuje problem od razu. Ale samodzielności nie da się nauczyć jednym kliknięciem. Trzeba poświęcić dziecku uwagę, pozwolić mu próbować, czasem posprzątać po wpadce i uzbroić się w cierpliwość. Mam wrażenie, że niektórzy dorośli wolą odłożyć ten wysiłek na później.
Nie tylko o pieluchę tu chodzi
Historie takie jak ta łatwo sprowadzić do dyskusji o wieku, w którym dziecko powinno pożegnać pieluchę. W rzeczywistości problem jest jednak znacznie szerszy.
Psychologowie i pedagodzy od lat zwracają uwagę, że dzieci potrzebują przede wszystkim czasu spędzanego z dorosłymi, wspólnego ćwiczenia codziennych umiejętności i budowania samodzielności. Jednocześnie badania pokazują, że najmłodsi coraz wcześniej mają kontakt z ekranami, a smartfon bywa wykorzystywany jako sposób na uspokojenie dziecka czy zajęcie go podczas codziennych czynności.
– Nie twierdzę, że wszyscy rodzice tacy są – podsumowuje nauczycielka. – Ale po tegorocznych dyżurach wróciłam do domu z jedną myślą. Czasami bardziej cieszymy się z tego, że dziecko potrafi znaleźć ulubiony filmik w internecie, niż z tego, że staje się samodzielne. I to jest kierunek, który naprawdę mnie niepokoi.
Napisz do nas: redakcja@mamotoja.pl
Zobacz także:
- Jej syn nie dostał się do publicznego przedszkola. „System nagradza nierobów, a karze uczciwych ludzi”
- To imię to plaga w przedszkolach. Jest nudne i bez wyrazu, a rodzice wciąż uparcie nazywają tak dziewczynki
- Leoś wrócił z przedszkola głodny. „Nie dali mi obiadu, bo mnie nie zauważyli”. Reakcja mamy może zdziwić