Chcą wskazywać przyszłych bezrobotnych już w podstawówce. Będzie ostra selekcja uczniów? Rodzice w szoku
W Anglii pojawił się pomysł, by pod koniec szkoły podstawowej wskazywać dzieci szczególnie zagrożone przyszłym statusem bezrobotnych, na podstawie m.in. frekwencji i wyników. Zwolennicy mówią o szybszej pomocy i mentoringu, przeciwnicy ostrzegają przed stygmatyzacją i przerzucaniem odpowiedzialności na szkoły.

W Anglii wraca pomysł, by jeszcze pod koniec szkoły podstawowej wychwytywać dzieci, które mogą w przyszłości wypaść jednocześnie z edukacji i rynku pracy. Chodzi o wczesną identyfikację ryzyka statusu NEET na podstawie danych, które szkoły i tak w dużej mierze widzą na co dzień, takich jak frekwencja czy wyniki w nauce. Zwolennicy liczą na szybciej uruchamiane wsparcie, krytycy ostrzegają, że łatwo tu o etykietę, z którą dziecko i rodzina zostaną na lata.
Wczesny sygnał alarmowy czy etykieta na całe dzieciństwo?
Status NEET obejmuje młodych ludzi, którzy nie pracują, nie uczą się i nie uczestniczą w szkoleniach. To ważne rozróżnienie dla rodziców: nie mówimy wyłącznie o bezrobociu, ale także o sytuacji, w której młoda osoba nie podejmuje aktywności zawodowej i jednocześnie traci kontakt z edukacją.
W Wielkiej Brytanii skala zjawiska jest duża: niemal milion osób w wieku 16–24 lata to NEET, czyli około co ósma młoda osoba. Dodatkowo 6 na 10 z nich nigdy wcześniej nie pracowało. Te liczby stoją w tle rządowego raportu „Young people and work”, przygotowanego pod kierunkiem Alana Milburna (byłego ministra zdrowia), który zapowiada rekomendację: szkoły podstawowe w Anglii miałyby rozpoznawać uczniów szczególnie zagrożonych takim scenariuszem.
Kluczowe jest jedno: to nie jest jeszcze obowiązujące rozwiązanie. To propozycja, która dopiero ma trafić do końcowych rekomendacji.
Co szkoła miałaby sprawdzać i co dalej z taką informacją?
Wstępna koncepcja zakłada wskazywanie ryzyka pod koniec podstawówki, m.in. na podstawie frekwencji. Dalej pojawia się obietnica wsparcia: dodatkowe środki dla uczniów z mniej uprzywilejowanych środowisk mogłyby finansować korepetycje i mentoring, czyli realną pomoc zanim trudności się utrwalą.
Raport i towarzysząca mu dyskusja wymieniają też inne sygnały ostrzegawcze, które mogą się na siebie nakładać:
- trwała absencja i narastające problemy z frekwencją,
- słabsze wyniki w nauce,
- ubóstwo,
- problemy ze zdrowiem psychicznym,
- specjalne potrzeby edukacyjne,
- doświadczenie pieczy zastępczej,
- zawieszenia i wykluczenie ze szkoły.
W praktyce brzmi to jak lista spraw, które wielu rodziców zna z codzienności: dłuższe nieobecności, spadek motywacji, wycofanie, przeciążenie emocjonalne. Zwolennicy wczesnej identyfikacji ryzyka podkreślają, że system często reaguje za późno albo wcale, mimo że część danych już posiada.
Dane, które robią wrażenie, i luka, która budzi niepokój
Za pomysłem stoją konkretne wyniki badań. W analizie obejmującej ponad 8 tys. dzieci z Bradford 11 proc. uczniów, którzy w wieku 4–5 lat nie osiągnęli oczekiwanego poziomu gotowości szkolnej, znalazło się później w grupie NEET. Wśród dzieci uznanych za gotowe do rozpoczęcia nauki odsetek ten wynosił 4 proc. Jeszcze mocniej wybija się wątek frekwencji: trwała absencja szkolna wiązała się z 3,9 razy większym prawdopodobieństwem bycia poza edukacją, szkoleniem i zatrudnieniem w wieku 16–18 lat.
To są argumenty, które wielu rodziców może odczytać jako zachętę: warto reagować szybko, gdy coś zaczyna się sypać. Jednocześnie krytycy zwracają uwagę na ryzyko błędów klasyfikacji. Część dzieci „wysokiego ryzyka” poradzi sobie dobrze, a część potrzebujących pomocy nie spełni kryteriów i pozostanie niezauważona.
W debacie najmocniej wybrzmiewa obawa, że w dokumentacji ucznia pojawi się prognoza porażki zamiast opisu tego, jakiej pomocy dziecko potrzebuje tu i teraz. Taka etykieta może wpływać na oczekiwania dorosłych, relacje rodziny ze szkołą i na to, jak dziecko zacznie myśleć o sobie.
Nauczyciele: wsparcie tak, ale nie kolejne zadanie bez pieniędzy
Drugi spór dotyczy odpowiedzialności. Nauczyciele i część ekspertów ostrzegają przed mechanizmem, w którym szkoła dostaje kolejną rolę do odegrania, ale bez adekwatnego finansowania i bez zmian w systemie. Samo dopisanie rubryki w szkolnych papierach nie rozwiąże problemów, które często leżą poza klasą: ubóstwa, kryzysów rodzinnych, braków w dostępnej pomocy psychologicznej, słabych ścieżek zawodowych czy trudności na rynku pracy.
W tym kontekście pojawia się też argument, że podstawówka najlepiej „zabezpiecza przyszłość” poprzez solidne fundamenty: czytanie, pisanie i liczenie. Jeśli do tego dojdzie biurokracja, szkoły mogą mieć mniej czasu na to, co najbardziej działa. Równocześnie nawet bardzo dobre wyniki edukacyjne nie tworzą miejsc pracy, jeśli zawodzi system przejścia z edukacji do zatrudnienia.
To nie jest tylko problem Wielkiej Brytanii
Wątek NEET wykracza poza Wielką Brytanię. Według Eurostatu w 2025 roku do grupy NEET należało 9,2 proc. mieszkańców Polski w wieku 15–29 lat, przy średniej UE na poziomie 11 proc. Te dane nie są w pełni porównywalne z brytyjskimi (inna grupa wieku), ale przypominają, że także u nas część młodych ludzi traci jednocześnie kontakt z nauką i rynkiem pracy.
Wspólny mianownik w tej dyskusji jest dość przyziemny, ale dla rodzin kluczowy: szkoła może wcześnie zauważać absencję, trudności w nauce i kryzys psychiczny, ale za rozpoznaniem musi iść konkretna, finansowana pomoc. Bez tego ryzyko stygmatyzacji rośnie, a odpowiedzialność zbyt łatwo spada na nauczycieli i rodziców, którzy i tak próbują składać codzienność w całość.
Źródło: The Guardian