Dorosłe dzieci na garnuszku rodziców to plaga dzisiejszych czasów. „Wychowałam lenia i płacę wysoką cenę”
Mój syn ma 29 lat, jest zdrowy, wykształcony i teoretycznie gotowy do samodzielnego życia. Problem w tym, że nadal mieszka ze mną, korzysta z moich pieniędzy i zachowuje się tak, jakby bycie dorosłym było opcjonalne. Najgorsze jest jednak to, że coraz częściej mam wrażenie, że sama jestem winna tej sytuacji.

Kiedy urodził się mój jedyny syn, obiecałam sobie, że będzie miał lepsze dzieciństwo niż ja. Nie chciałam, żeby czegokolwiek mu brakowało. Kupowałam mu markowe ubrania, opłacałam dodatkowe zajęcia, pomagałam w nauce. Kiedy czegoś potrzebował, starałam się znaleźć sposób, by mu to zapewnić.
Dziś widzę, że granica między troską a wyręczaniem jest bardzo cienka.
Przez lata usprawiedliwiałam go przed nauczycielami, załatwiałam za niego różne sprawy, przypominałam o obowiązkach. Gdy nie posprzątał pokoju, robiłam to sama, bo szkoda mi było czasu na kłótnie. Gdy zapomniał czegoś do szkoły, zawoziłam mu to. Gdy miał problem, natychmiast ruszałam z pomocą.
Wydawało mi się, że jestem dobrą matką.
Dziś zastanawiam się, czy przypadkiem nie wychowałam człowieka, który nigdy nie nauczył się odpowiedzialności.
Prawie trzydziestka na karku i życie jak nastolatek
Mój syn skończył studia kilka lat temu. Znalazł pracę, ale szybko z niej zrezygnował, bo szef był wymagający. Potem była kolejna i jeszcze jedna. Wszędzie coś mu nie pasowało.
Od miesięcy pracuje tylko dorywczo. Twierdzi, że szuka czegoś odpowiedniego dla siebie.
Tymczasem nadal mieszka w swoim dawnym pokoju. Nie płaci rachunków, nie dokłada się do zakupów, a lodówka magicznie zapełnia się sama. Przynajmniej z jego perspektywy.
Najbardziej boli mnie to, że traktuje ten stan jak coś całkowicie normalnego.
Kiedy próbuję poruszyć temat wyprowadzki, słyszę, że ceny mieszkań są absurdalne. Gdy wspominam o większym zaangażowaniu w domowe obowiązki, odpowiada, że przecież pomaga, kiedy go poproszę.
Tylko że ja mam już dość proszenia.
Mam dość przypominania dorosłemu mężczyźnie, żeby wyniósł śmieci albo pozmywał po sobie talerz.
Coraz częściej obwiniam samą siebie
Ostatnio zauważyłam, że wiele moich znajomych ma podobny problem. Ich dorosłe dzieci nadal mieszkają z rodzicami, korzystają z ich pieniędzy i odkładają samodzielność na bliżej nieokreśloną przyszłość.
Zaczynam się zastanawiać, czy nie jest to jedna z największych bolączek współczesnego rodzicielstwa.
Przez lata słyszymy, że mamy wspierać dzieci, budować ich poczucie wartości i usuwać przeszkody z ich drogi. Robimy to z miłości. Chcemy dla nich jak najlepiej.
Tylko że czasem ta pomoc zamienia się w pułapkę.
Dziś coraz częściej myślę, że mój syn nie boi się dorosłości dlatego, że świat jest trudny. On po prostu wie, że w razie problemów zawsze spadnie na cztery łapy. Bo ja go złapię.
A może właśnie w tym tkwi mój największy błąd.
Mam wrażenie, że wychowałam człowieka, który przyzwyczaił się, że ktoś zawsze rozwiąże jego problemy. I choć trudno mi to przyznać, rachunek za tę nadopiekuńczość płacę dziś każdego dnia.
Nie tylko finansowo.
Płacę także własnym spokojem, frustracją i poczuciem, że mój dorosły syn utknął w miejscu, z którego sam nie chce się ruszyć.
Zobacz także: „Jestem po 70-tce, a córka chciała zagonić mnie do niańczenia dzieci. Dobrze, że mam jeszcze syna, który mnie wspiera”