Matka przedszkolaka uważa, że to poniżanie. „Moje dziecko nie jest jabłuszkiem ani malinką”
Na redakcyjną skrzynkę trafił mail od mamy dwójki dzieci, która z coraz większym niepokojem obserwuje sposób, w jaki przedszkola nazywają grupy najmłodszych. Z pozoru niewinne określenia w jej ocenie są formą infantylizowania. Czy to nie przesada?

„Zamiast grupy – etykietka jak z warzywniaka”
Piszę do was jako mama syna w drugiej klasie podstawówki i córki w przedszkolu. I dopiero przy młodszym dziecku coś we mnie pękło. Zorientowałam się, że to, co w wielu placówkach uchodzi za „urocze”, dla mnie jest po prostu krzywdzące.
W przedszkolu mojej córki dzieci nie są w grupach I, II czy III. Są owocami. Najmłodsze to „jabłuszka”, potem „malinki”, „brzoskwinki” i na końcu „jagódki”. Tak są podpisane sale, tak mówi się o nich w mailach do rodziców, tak zwracają się do nich nauczycielki. Moja czteroletnia córka nie mówi: „jestem w grupie czterolatków”, tylko: „jestem Malinką”.
I za każdym razem, gdy to słyszę, mam dziwne uczucie, że ktoś sprowadza ją do czegoś małego, słodkiego, infantylnego.
Ptaki, owoce i dziwna hierarchia
Mój syn chodził do innego przedszkola. Tam grupy też miały „kreatywne” nazwy, ale były to ptaki. Najmłodsze dzieci to były Wróbelki, potem Jaskółki, starsze Orły, a zerówkowicze – Sowy. Już wtedy nie byłam fanką tego pomysłu, ale przynajmniej było w tym jakieś odniesienie do rozwoju: małe ptaki, większe, mądre sowy na końcu.
Przy owocach nie widzę nawet tego. Co właściwie znaczy, że dziecko „awansuje” z jabłuszka na malinkę? Że staje się bardziej dojrzałe? Słodsze? Bardziej „do zjedzenia”? Brzmi absurdalnie, a jednak tak właśnie buduje się dzieciom obraz samych siebie.
Moja córka już mówi, że „malinki są większe niż jabłuszka” i że „jagódki to już prawie szkoła”. Zamiast spokojnie przechodzić kolejne etapy rozwoju, zaczyna porównywać się przez pryzmat owocowych etykietek.
„Moje dziecko to nie produkt”
Dla wielu dorosłych to pewnie drobiazg. Ot, sympatyczne nazwy, które mają umilić dzieciom pobyt w przedszkolu. Dla mnie to jednak coś więcej. To język, którym opisujemy dzieci, a język ma znaczenie.
Moje dziecko nie jest jabłuszkiem ani malinką. Nie jest też wróbelkiem czy sową. Jest człowiekiem – z emocjami, charakterem, potrzebą bycia traktowaną poważnie. Nawet jeśli ma cztery lata.
I naprawdę nie rozumiem, dlaczego tak trudno nazwać rzeczy po imieniu: trzylatki, czterolatki, zerówka. Bez infantylizowania, bez lukru, bez sprowadzania dzieci do roli słodkich symboli.
Bo dzieciństwo to nie jest bajkowa dekoracja. To początek budowania poczucia własnej wartości. A od „malinki” do „jestem ważna” droga bywa dłuższa, niż się dorosłym wydaje.
Zobacz także: „Nie dam rady odpieluchować 3-latki”. Matka oburzona wymaganiami przedszkola