Na własne życzenie wychowujemy pokolenie ciamajd. Ze smutkiem patrzyłam, co ten 11-latek robi w nadmorskiej smażalni
Nie spodziewałam się, że zwykły obiad nad morzem skłoni mnie do takiej refleksji. Stałam w kolejce do nadmorskiej smażalni i obserwowałam rodzinę przede mną. Niby nic szczególnego, a jednak jedna scena została ze mną na długo.

Przede mną przy kasie stanął chłopiec. Na oko miał 11 lat. Nie był to maluch, który dopiero uczy się świata, ale już prawie nastolatek. Kasjerka uśmiechnęła się i zapytała:
– Co podać?
Chłopiec spojrzał na nią, potem na mamę. Nie odpowiedział.
Mama natychmiast wkroczyła do akcji.
– Dla syna dorsz, frytki i surówka. I poprosimy jeszcze sos.
Chłopiec nawet nie musiał się odzywać.
Nie chciałam oceniać, ale trudno było się powstrzymać
Pomyślałam wtedy: może jest nieśmiały. Może miał gorszy dzień. Może po prostu nie lubi rozmawiać z obcymi. Jedna scena nie świadczy o całym dziecku. Ale chwilę później wydarzyło się coś, co kazało mi spojrzeć na to inaczej.
Kiedy rodzina usiadła przy stoliku, chłopiec zaczął jeść. Po chwili okazało się, że nie dostał sztućców, których potrzebował. Zamiast sam podejść do obsługi albo poprosić kelnera, siedział i czekał.
– Mamo, nie mam widelca.
Mama wstała i poszła po widelec dla syna.
Kilka minut później chłopiec zauważył, że napój, który dostał, nie był tym, który chciał.
– Mamo, chciałem colę, to jest lemoniada.
I znów to samo. Zamiast prostego: „Przepraszam, czy mogę prosić o inny napój?”, problem rozwiązywał dorosły.
Patrzyłam na tę scenę i pomyślałam, że być może największym problemem współczesnych dzieci nie jest to, że są leniwe czy niezaradne. Problem w tym, że często nie dajemy im szansy, żeby nauczyły się radzić sobie same.
Rodzice nie pozwalają dzieciom na samodzielność
Bo przecież samodzielność nie pojawia się nagle w dniu osiemnastych urodzin. Nie buduje się jej wielkimi życiowymi decyzjami. Buduje się ją właśnie w takich drobiazgach: kiedy dziecko samo zamówi obiad, zapyta o coś kelnera, poprosi o pomoc, powie, że czegoś potrzebuje.
Tymczasem wielu rodziców – z troski, wygody albo zwykłego pośpiechu – wyręcza dzieci niemal we wszystkim. Łatwiej samemu zamówić jedzenie. Łatwiej samemu zapytać. Łatwiej samemu załatwić sprawę niż czekać, aż dziecko się przełamie.
Tylko że dziecko, któremu zawsze pomagamy, nie uczy się, że potrafi.
Oczywiście nie chodzi o to, żeby wymagać od 11-latka dorosłości. Dzieci mają prawo być nieśmiałe, zagubione i popełniać błędy. Ale mają też prawo – i potrzebę – ćwiczyć niezależność.
Bo być może za kilka lat ten sam chłopiec nie będzie musiał zamówić ryby w smażalni. Będzie musiał zadzwonić w ważnej sprawie, załatwić coś w urzędzie, porozmawiać z obcą osobą albo samodzielnie rozwiązać problem.
I wtedy nikt nie będzie już stał obok niego, żeby odpowiedzieć za niego.
Może więc warto czasem pozwolić dzieciom poczuć tę niezręczność. Pozwolić im się zająknąć, pomylić, powiedzieć coś nieidealnie. Bo właśnie w takich małych sytuacjach uczą się największej rzeczy: że mogą sobie poradzić.
Czytaj także: „Współczesne dzieci to społeczne niedojdy”. Scena z 10-latkiem na deptaku ujawnia smutną prawdę o pokoleniu Alfa