„Nad polskie morze jeżdżą tylko nowobogaccy. Ja zabieram dzieci na all inclusive do Egiptu”
Kiedy mówię znajomym, że co roku zabieramy dzieci na wakacje do Egiptu albo Turcji, widzę ich zdziwione miny. „Ale jak to? Przecież to musi kosztować fortunę!” – słyszę. Tymczasem prawda jest zupełnie odwrotna. Przy naszych zarobkach tygodniowy wyjazd nad polskie morze byłby większym luksusem niż 10 dni na all inclusive za granicą.

Mam dwójkę dzieci, męża i zwyczajne życie. Oboje pracujemy, ale nie zarabiamy kokosów. Każde z nas dostaje niewiele ponad najniższą krajową. Nie mamy jednak kredytu hipotecznego, bo mieszkamy w lokalu odziedziczonym po mojej babci. Dzięki temu nie musimy co miesiąc oddawać kilku tysięcy złotych do banku. Nie oznacza to jednak, że opływamy w luksusy.
Mamy jeden samochód, liczymy wydatki i zastanawiamy się dwa razy przed większym zakupem. Dzieci rosną, rachunki rosną, ceny w sklepach też nie chcą się zatrzymać. Dlatego przez cały rok odkładamy pieniądze na jedną rzecz – rodzinne wakacje.
Cały rok oszczędzam na te 10 dni
Nie jestem osobą, która wydaje pieniądze lekką ręką. Zdarza się, że przechodzę obok sklepu i rezygnuję z nowej bluzki, choć bardzo mi się podoba. Kiedy spotykam się z koleżankami w kawiarni, często zamawiam tylko kawę, podczas gdy one pałaszują ciasta i desery.
Nie narzekam. Po prostu mam cel.
Wiem, że za kilka miesięcy przyjdzie czas na wakacje, a ja chcę wtedy powiedzieć dzieciom: „Pakujemy walizki, lecimy”. To dla mnie ważniejsze niż kolejna rzecz w szafie.
Oczywiście nie wybieramy pięciogwiazdkowych resortów z prywatnym lokajem. Szukamy promocji, polujemy na oferty first minute albo atrakcyjne terminy. Dzięki temu udaje nam się znaleźć 10-dniowy pobyt w Egipcie lub Turcji w cenie, która jeszcze kilka lat temu wydawała mi się nieosiągalna.
Nad Bałtykiem zostawiłabym więcej pieniędzy
Kilka razy usiadłam z kalkulatorem i sprawdziłam, ile kosztowałby nas tygodniowy wyjazd nad polskie morze.
Noclegi dla czteroosobowej rodziny. Dojazd. Parking. Obiady. Lody dla dzieci. Gofry. Kawa. Woda na plaży. Jakaś atrakcja na niepogodę. Nagle okazuje się, że budżet puchnie w zastraszającym tempie.
A przecież pogody nikt nie gwarantuje.
W Egipcie czy Turcji wiem przynajmniej, za co płacę. Mamy przelot, hotel, baseny, jedzenie i napoje w cenie. Dzieci mogą sięgać po owoce, lody czy soki bez ciągłego pytania: „Mamo, możemy?”. Nie muszę codziennie sprawdzać stanu konta po każdym obiedzie czy wyjściu do restauracji.
Dlatego coraz częściej mam wrażenie, że polskie morze stało się kierunkiem dla ludzi, którzy nie muszą liczyć każdej złotówki. Dla rodzin, które bez większego zastanowienia wydadzą kilkaset złotych dziennie na wakacyjne przyjemności.
Ja niestety muszę liczyć.
Nie czuję się gorsza, bo wybieram zagranicę
Najbardziej dziwi mnie to, że wiele osób uważa zagraniczne wakacje za symbol bogactwa. Tymczasem w naszym przypadku jest dokładnie odwrotnie.
Nie lecimy do Egiptu dlatego, że jesteśmy zamożni. Lecimy dlatego, że chcemy zmieścić się w budżecie.
Przez cały rok odmawiamy sobie różnych rzeczy właśnie po to, żeby przez te 10 dni odpocząć razem. Dzieci wspominają później zjeżdżalnie, ciepłe morze i wieczorne spacery. My wracamy z poczuciem, że wykorzystaliśmy każdą odłożoną złotówkę najlepiej, jak się dało.
I kiedy ktoś mówi mi, że wakacje all inclusive są tylko dla bogaczy, zawsze się uśmiecham.
Bo z mojego doświadczenia wynika, że dziś prawdziwym luksusem jest tygodniowy urlop nad Bałtykiem. A Egipt czy Turcja to po prostu rozsądny wybór dla zwykłej rodziny, która ciężko pracuje i chce choć raz w roku naprawdę odpocząć.
Napisz do nas: redakcja@mamotoja.pl
Zobacz także: Teściowa już zaplanowała sobie wakacje w sanatorium. Matka oburzona: „A kto zabierze wnuki na działkę?”