„Nie zmuszam dziecka, by mówiło ‘dzień dobry’. To nie tresowany piesek, ma swój rozum”
„Serio mu na to pozwalasz?” – usłyszałam ostatnio i przyznam, że mnie zatkało. Bo czy naprawdę brak przymusu w kwestii dwóch słów może przekreślić całe wychowanie? A może to my – dorośli – za bardzo przywiązujemy się do formy, zapominając o treści?

Mam syna w drugiej klasie i nie każę mu mówić dorosłym „dzień dobry”, jeśli sam tego nie zrobi. Zachęcam – owszem. Przypominam – jasne. Ale nie zmuszam. Uważam, że grzeczność powinna być naturalna, a nie wyuczona pod presją.
„Niewychowany” przy wszystkich – bo zapomniał
Sytuacja jakich wiele – odwiedziny u teściów, rozmowy, zamieszanie. Na obiad była też zaproszona jakaś dalsza ciotka. Mój syn wszedł do salonu, nawet jej nie zauważył, bo zajął się sobą i... nie powiedział „dzień dobry”.
Zanim zdążyłam zareagować, już został skarcony. Publicznie. Przy wszystkich. „Te dzieci dzisiejsze są okropnie niewychowane” – padło. A chwilę później klasyk, skierowany do mnie: „Ty jesteś matką, robisz z niego chama, co się nawet przywitać nie umie”.
Patrzyłam na niego i widziałam jedno – nie brak kultury, tylko zawstydzenie. I zaczęłam się zastanawiać, kto w tej sytuacji naprawdę zrobił coś nie tak.
Grzeczność na komendę – czy o to chodzi?
Zadaję sobie pytanie – czego właściwie uczymy dzieci, zmuszając je do takich zachowań? Czy naprawdę chodzi o szacunek? Czy raczej o to, żeby dorosłym było „miło”, bo dziecko spełniło oczekiwanie?
Bo jeśli „dzień dobry” pada tylko dlatego, że ktoś patrzy i czeka – to gdzie tu miejsce na autentyczność? Dziecko nie uczy się wtedy relacji ani empatii. Uczy się reakcji na presję.
Nie chcę, żeby mój syn działał jak automat. Chcę, żeby rozumiał, dlaczego warto się przywitać – i robił to z własnej potrzeby, nie ze strachu.
„Kiedyś dzieci były grzeczne” – czy tylko bardziej posłuszne?
To zdanie wraca jak bumerang. „Kiedyś to było wychowanie”. Tylko czy na pewno? Czy dzieci były bardziej kulturalne – czy po prostu bardziej podporządkowane?
Nie podważam sensu dobrych manier. Wręcz przeciwnie – uważam, że są ważne. Ale sposób, w jaki do nich dochodzimy, ma ogromne znaczenie. Można uczyć przez przykład i rozmowę – albo przez zawstydzanie i przymus.
Efekt może wyglądać podobnie na pierwszy rzut oka. Ale w środku to zupełnie inna historia.
Kiedyś było inaczej – ale czy lepiej?
Nie da się ukryć – kiedyś nauka dobrych manier była czymś oczywistym. Dzieci mówiły „dzień dobry”, bo tak trzeba było – i koniec dyskusji. Dla wielu dorosłych to dziś punkt odniesienia, dowód na „lepsze czasy”.
Tylko że za tym często stał też strach przed oceną, karą czy zawstydzeniem. Dziś coraz częściej chcemy wychowywać inaczej – bardziej świadomie, bliżej dziecka, z większym zrozumieniem jego emocji. To nie oznacza rezygnacji z zasad. To oznacza zmianę drogi.
Bo jeśli zależy nam naprawdę na szacunku, to warto pamiętać – nie rodzi się on z przymusu. Rodzi się z relacji, z obserwacji i z poczucia, że coś ma sens. A „dzień dobry” wypowiedziane z własnej woli znaczy o wiele więcej niż to wyciągnięte pod naciskiem.
Napisz do nas: redakcja@mamotoja.pl
Zobacz także: Rodzice wstydzą się tego zachowania u dziecka. Nie wiedzą, że świadczy o wybitnej inteligencji