Reklama

Młodzi wychowawcy często mówią, że największym wyzwaniem na koloniach nie są dziś niesforne dzieci, ale te, które w domu są we wszystkim wyręczane. Swoją historię opisała nam studentka pedagogiki, która od kilku lat dorabia jako opiekunka kolonijna. Jak przyznaje, jedno zdanie dziewięciolatka zostanie z nią na długo.

„Myślałam, że żartuje. On mówił całkiem poważnie”

Dzień dobry,

od trzech lat jeżdżę na kolonie jako wychowawczyni. Lubię tę pracę, choć bywa naprawdę wyczerpująca. Dzieci są różne – jedne tęsknią za domem, inne nie chcą spać, jeszcze inne potrafią pokłócić się o najbardziej absurdalne rzeczy.

Ale w zeszłym roku wydarzyło się coś, czego kompletnie się nie spodziewałam.

Pierwszego wieczoru chodziłam po pokojach i pytałam, czy wszyscy się już rozpakowali, czy wiedzą, gdzie są łazienki i czy czegoś potrzebują.

W jednym z pokoi siedział dziewięcioletni chłopiec.

Spojrzał na mnie całkiem poważnie i zapytał: „A gdzie jest wanna?”.

Pomyślałam, że może źle usłyszałam. Odpowiedziałam, że w ośrodku są prysznice. On zrobił wielkie oczy.

„Po pięciu minutach rozmawiałam z jego mamą”

Na początku próbowałam go uspokoić, ale z każdą minutą było coraz dziwniej. Chłopiec powiedział, że na wakacjach zawsze jest wanna.

Wtedy chwyciłam za telefon. Nie po to, żeby się poskarżyć. Po prostu chciałam zapytać mamę, czy czegoś nie przeoczyliśmy.

Usłyszałam spokojny głos: „Tak, on zawsze kąpie się tylko w wannie. W domu myję mu włosy”.

Przyznam szczerze – przez chwilę zaniemówiłam.

„Coraz częściej spotykam dzieci, które żyją jak mali szejkowie”

To nie był jedyny przypadek. Na tych samych koloniach jedna dziewczynka nie umiała posmarować kromki masłem. Inny chłopiec nie wiedział, jak założyć poszwę na kołdrę.

Jeszcze ktoś inny przyniósł mi brudne skarpetki z pytaniem, gdzie ma je odłożyć, bo w domu „zawsze robi to mama”.

Czasem żartujemy z innymi wychowawcami, że niektóre dzieci żyją jak dubajscy szejkowie: dlatego, że wszystko ktoś robi za nie.

Rodzice podają, przypominają, pakują, ścielą łóżka, myją włosy, sprzątają, szykują ubrania. A potem takie dziecko jedzie na kolonie i nagle okazuje się, że pierwszy raz w życiu musi zrobić coś całkowicie samodzielnie.

I jest przerażone.

„To nie była wina tego chłopca”

Nie mam pretensji do dzieci. One po prostu funkcjonują tak, jak zostały nauczone.

Mam też świadomość, że wielu rodziców robi to z miłości. Łatwiej i szybciej jest umyć dziecku głowę niż czekać, aż zrobi to samo.

Ale z boku naprawdę widać, jak bardzo brakuje niektórym dzieciom codziennej samodzielności.

Ten chłopiec po kilku dniach normalnie brał prysznic. Pod koniec turnusu śmiał się, że teraz nawet woli prysznic od wanny.

Pomyślałam wtedy, że czasem największą przysługą, jaką możemy zrobić dziecku, jest... pozwolić mu spróbować.

Napisz do nas: redakcja@mamotoja.pl

Komentarz redakcji

Historia naszej czytelniczki może wydawać się zabawna, ale pokazuje problem, o którym coraz częściej mówią wychowawcy kolonijni. Dzieci wyjeżdżające na pierwszy samodzielny wyjazd nie muszą umieć wszystkiego. Powinny jednak radzić sobie z podstawowymi czynnościami, takimi jak umycie się, przebranie czy spakowanie własnych rzeczy.

Nie chodzi o to, by kilku- czy kilkunastolatek był całkowicie samowystarczalny. Kolonie są właśnie po to, by uczyć samodzielności. Warto jednak pamiętać, że im więcej codziennych obowiązków dziecko przećwiczy jeszcze w domu, tym większa szansa, że pierwszy wyjazd będzie dla niego przygodą, a nie źródłem stresu.

Czytaj także: Chciałam dorobić jako opiekunka kolonijna. To praca cięższa niż na kopalni

Dziękujemy, że przeczytałaś/eś nasz artykuł do końca. Bądź na bieżąco! Obserwuj nas w Google.
Reklama
Reklama
Reklama
Loading...