Reklama

Dorastałam w czasach, kiedy nikt nie planował spotkań z tygodniowym wyprzedzeniem. Po szkole rzucało się tornister w kąt i biegło pod blok zapytać: „Wyjdziesz?”. Jeśli koleżanki nie było na podwórku, szło się do niej. Bez uprzedzania rodziców, bez wysyłania lokalizacji i bez sprawdzania kalendarza.

W dzieciństwie drzwi prawie się nie zamykały

Do dziś pamiętam wspólne odrabianie lekcji przy kuchennym stole, kanapki robione naprędce przez mamę i herbatę nalewaną do szklanek w metalowych koszyczkach. Nikt się nie zastanawiał, czy wypada przyjść bez zapowiedzi. To było naturalne. Ludzie byli bliżej siebie.

Moi rodzice też żyli inaczej. Sąsiedzi wpadali wieczorem „na kawę”, ktoś przynosił ciasto, ktoś inny siadał tylko na chwilę pogadać. Nie trzeba było mieć idealnie posprzątanego mieszkania ani przygotowanych przekąsek. Liczyła się obecność.

Dzisiaj mam 45 lat i coraz częściej łapię się na tym, że tęsknię właśnie za tym zwykłym, codziennym byciem razem.

Nawet dzieciństwo mojego syna wyglądało inaczej

Mam prawie dorosłego syna, który za rok pisze maturę. I choć wychowywał się już w erze internetu, jego dzieciństwo było jeszcze trochę podobne do mojego. Spotykał się z kolegami na boisku, wracał do domu po ciemku, a po lekcjach często ktoś po prostu wpadał do nas pograć albo odrobić matematykę.

Teraz wychowuję kilkuletnią córkę i widzę, jak bardzo zmienił się świat dzieci. Dzieciaki mają wypełnione grafiki, zajęcia dodatkowe i kontakt głównie przez ekran. Nawet w przedszkolu rodzice częściej piszą do siebie wiadomości, niż po prostu chwilę rozmawiają pod salą.

Czasem mam wrażenie, że dzieci coraz mniej potrafią być razem tak zwyczajnie. Bez atrakcji, bez planu, bez telefonu w ręku. Nawet odwiedziny trzeba dziś „ustalić”. Najpierw wiadomość, potem potwierdzenie, a często jeszcze przeprosiny, że ktoś „zawraca głowę”.

A przecież kiedyś relacje budowało się właśnie z takich drobiazgów. Z siedzenia razem przy stole, z nudzenia się razem, z rozmów o niczym.

Tęsknię za światem, w którym ludzie mieli dla siebie czas

Nie chodzi o to, że kiedyś wszystko było lepsze. W PRL-u brakowało wielu rzeczy, życie bywało trudne i męczące. Ale dziś widzę wyraźnie, że mieliśmy coś, czego zaczyna dramatycznie brakować – spontaniczne relacje.

Teraz każdy jest ciągle zajęty. Pracą, telefonem, obowiązkami, powiadomieniami. Nawet dzieci coraz częściej siedzą obok siebie, ale każde patrzy w swój ekran. A przecież człowiek najbardziej potrzebuje drugiego człowieka.

Ostatnio złapałam się na tym, że sama zaczęłam upraszczać relacje. Coraz rzadziej odwiedzam znajomych bez okazji. Zawsze wydaje mi się, że przeszkadzam, że trzeba się umówić, znaleźć termin, wszystko dopiąć. A potem przypominam sobie swoje dzieciństwo i tamtą prostotę.

Drzwi otwierane bez stresu. Herbata robiona naprędce. Śmiech dochodzący z kuchni. Dzieci siedzące razem na podłodze.

Może właśnie tego najbardziej nam dziś brakuje. Nie kolejnych aplikacji i szybszego internetu, ale odwagi, żeby znowu po prostu do siebie wpadać.

Zobacz także: „Na podwieczorek teściowa podała kultowy przysmak PRL. Nawet Franek poprosił o dokładkę, chociaż to niejadek”

Dziękujemy, że przeczytałaś/eś nasz artykuł do końca. Bądź na bieżąco! Obserwuj nas w Google.
Reklama
Reklama
Reklama
Loading...