„Na podwieczorek teściowa podała kultowy przysmak PRL. Nawet Franek poprosił o dokładkę, chociaż to niejadek”
„Spróbuj chociaż kawałeczek” – powiedziała teściowa, podsuwając Frankowi talerzyk. Prychnęłam tylko pod nosem, bo znam swoje dziecko najlepiej. Mój 6-latek nie tknie niczego, co ma dziwną konsystencję, nieznany zapach albo wygląda inaczej niż jego ukochane parówki i chrupki. A jednak chwilę później siedział przy stole i wcinał deser z takim apetytem, że aż poprosił o dokładkę. Byłam w totalnym szoku.

Franek od zawsze był trudnym dzieckiem, jeśli chodzi o jedzenie. Gdy inne dzieci zajadały pulpety, naleśniki czy domowe ciasta, on żył praktycznie na kilku bezpiecznych produktach. Parówki, płatki z mlekiem, waniliowe jogurciki, czasem suche bułki albo chrupki kukurydziane. I tyle.
Próby rozszerzania menu kończyły się dramatem. Niektóre rzeczy odrzucał już po zapachu. Inne brał do ust i od razu wypluwał. Najgorzej było z konsystencjami. Budyń? „Za glutowaty”. Kisiel? „Obrzydliwy”. Nawet domowe desery, które dzieci zwykle uwielbiają, kompletnie mu nie podchodziły.
Przyznam, że momentami byłam już zmęczona. Każdy rodzinny obiad oznaczał komentarze typu: „On naprawdę nic nie je?” albo „Za moich czasów dzieci jadły to, co było”. Tylko że to wcale nie jest takie proste.
Dlatego kiedy po niedzielnym obiedzie teściowa wyciągnęła z lodówki jakiś ciężki, ciemny deser i oznajmiła z dumą, że zrobiła blok czekoladowy, nawet nie liczyłam na cud.
Kultowy deser z PRL, który pamięta całe pokolenie
Blok czekoladowy to dla wielu osób smak dzieciństwa. W czasach PRL był prawdziwym rarytasem i pojawiał się na stołach podczas rodzinnych spotkań czy świąt. Robiło się go z prostych składników: mleka w proszku, kakao, margaryny i pokruszonych herbatników. Czasem dodawano bakalie albo orzechy, jeśli akurat były dostępne.
Teściowa opowiadała, że kiedy była dzieckiem, taki deser był czymś wyjątkowym. Nie było wtedy półek pełnych słodyczy, batonów i gotowych deserów, więc blok czekoladowy robiło się w domu i kroiło na małe kawałki „na specjalne okazje”.
Patrzyłam na tę zwartą, błyszczącą masę i byłam pewna, że Franek nawet nie spróbuje. To przecież coś pomiędzy ciastem a czekoladą, do tego dość ciężkie i bardzo słodkie. Kompletnie nie w jego stylu.
A potem wydarzyło się coś, czego kompletnie się nie spodziewałam.
„Babciu, mogę jeszcze?”
Franek najpierw długo oglądał swój kawałek. Potem ostrożnie odgryzł malutki kęs. Spojrzałam na męża i już chciałam powiedzieć: „No i zaraz będzie awantura”, kiedy nagle mój syn zaczął jeść dalej.
I dalej. A potem dosłownie pochłonął cały kawałek.
„Babciu, mogę jeszcze?” – zapytał po chwili.
Myślałam, że się przesłyszałam.
Teściowa tylko uśmiechnęła się pod nosem, a ja siedziałam przy stole kompletnie oszołomiona. Franek jadł blok czekoladowy z takim smakiem, że aż mu się uszy trzęsły. Nie marudził, nie analizował konsystencji, nie odkładał widelczyka po jednym gryzie.
Później próbowałam zrozumieć, dlaczego akurat ten deser mu podpasował. Może chodziło o zwartą strukturę, która bardziej przypominała baton niż kremowy deser? A może o intensywnie czekoladowy smak? Sama nie wiem.
Wiem jedno: nigdy bym nie przypuszczała, że deser rodem z PRL okaże się pierwszym „nowym” smakiem, który mój niejadek zaakceptuje bez walki.
Zobacz także: Podsłuchała, jak dziecko zwraca się do matki. Babcia: „Ja nigdy nie dałabym sobie tak wejść na głowę”