Reklama

„To nie PRL, żeby bazgrać po chodnikach i wrzeszczeć całemu osiedlu pod oknami” – rzuciła zirytowana.

Byłam w szoku. Bo przecież od lat słyszymy, że dzieci siedzą tylko w telefonach i nie wychodzą na dwór. A kiedy wreszcie robią coś normalnego, komuś zaczyna przeszkadzać nawet kreda na chodniku.

„Za moich czasów dzieci bawiły się na dworze”. No chyba już nie mogą

Moja córka nie ma telefonu. Świadomie podjęliśmy z mężem taką decyzję, choć wiele jej rówieśniczek już dawno ma smartfony, TikToka i własne konta w mediach społecznościowych, bo za zgodą rodziców podwyższają swój wiek. Chcę, żeby jeszcze trochę pobyła dzieckiem. Żeby miała wspomnienia z podwórka, a nie tylko z patrzenia w ekran.

Dlatego tak ucieszyło mnie, kiedy ostatnio wróciła zachwycona po zabawie z koleżankami. Pokazałam jej wtedy klasy, opowiedziałam o grze w gumę, o kapslach i trzepaku, na którym spędzało się pół dnia. Dla niej to było coś egzotycznego. Dziecko aż nie mogło uwierzyć, że kiedyś naprawdę tak wyglądało dzieciństwo.

Następnego dnia dziewczynki wyszły z kredą na osiedle. Narysowały klasy, zaczęły skakać i śmiać się dokładnie tak, jak robiły to dzieci od pokoleń.

I wtedy wkroczyła sąsiadka.

„Ludzie chcą odpocząć po pracy” – czyli dzieci najlepiej zamknąć w domu

Rozumiem, że ktoś może być zmęczony. Sama pracuję i wiem, jak wygląda codzienność. Ale od kiedy zwykły śmiech dzieci na zamkniętym osiedlu stał się czymś skandalicznym?

Sąsiadka była autentycznie oburzona. Powiedziała, że „teraz są inne czasy” i że kiedyś może takie zabawy były normalne, ale dziś ludzie oczekują spokoju. Według niej dzieci powinny bawić się „gdzieś indziej”, najlepiej na placu zabaw oddalonym o kilka ulic.

Tylko że właśnie na tym polega absurd dzisiejszego podejścia. Najpierw wszyscy narzekają, że dzieci nie wychodzą z domu, nie mają kondycji, są uzależnione od ekranów i nie potrafią budować relacji. A potem te same osoby nie są w stanie wytrzymać kilku minut dziecięcego śmiechu pod oknem.

Coraz częściej mam wrażenie, że wielu dorosłych chciałoby dzieciństwa kompletnie niewidzialnego. Dzieci mają być ciche, siedzieć w mieszkaniach, najlepiej w słuchawkach i przed tabletem, żeby nikomu nie przeszkadzały.

To już naprawdę „nienormalne dzieciństwo”

Najbardziej smutne było dla mnie to, jak zareagowała moja córka. Kiedy wróciła do domu, spytała: „Mamo, to my zrobiłyśmy coś złego?”. I wtedy naprawdę zrobiło mi się przykro.

Bo ona nie niszczyła mienia. Nie robiła nic niebezpiecznego. Rysowała kredą po chodniku na zamkniętym osiedlu i bawiła się w klasy. Czyli dokładnie w to, co jeszcze kilkanaście czy kilkadziesiąt lat temu było symbolem normalnego dzieciństwa.

Mam wrażenie, że dziś wielu ludzi używa tekstu „to nie PRL” jak argumentu przeciwko wszystkiemu, co kojarzy się z dawnym dzieciństwem. Tylko że akurat podwórkowe zabawy były jedną z niewielu rzeczy, które naprawdę miały sens. Dzieci uczyły się relacji, samodzielności, kreatywności. Nie potrzebowały drogich gadżetów ani aplikacji.

I chyba właśnie to najbardziej mnie przeraziło. Że zwykła gra w klasy zaczyna być traktowana jak coś niewłaściwego, głośnego i niemal „patologicznego”. A potem dziwimy się, że dzieci wolą siedzieć zamknięte w pokojach z telefonem w ręku.

Zobacz także: To imię dla dziewczynki królowało w PRL. Dziś to obciach nazwać tak córkę

Dziękujemy, że przeczytałaś/eś nasz artykuł do końca. Bądź na bieżąco! Obserwuj nas w Google.
Reklama
Reklama
Reklama
Loading...