5-latka przez 15 minut wybierała bluzkę. Babcia z niedowierzaniem: „Klasyczny dzieciocentryzm”
Nie sądziłam, że dożyję czasów, w których cała rodzina będzie stać na baczność tylko dlatego, że mały człowiek nie może zdecydować się na kolor aplikacji na koszulce. To, co zobaczyłam u mojej córki w zeszłą niedzielę, przelało czarę goryczy i uświadomiło mi, że dzisiejsze wychowanie zmierza w bardzo niebezpieczną stronę.

Dzień dobry, drogie Mamy i Babcie. Piszę do Was, bo po ostatniej wizycie u mojej córki i zięcia wciąż nie mogę ochłonąć. Kocham moje wnuki nad życie, oddałabym za nie wszystko, ale to, co dzieje się teraz w polskich domach, przechodzi ludzkie pojęcie.
Zaplanowaliśmy wspólne wyjście na lody, pogoda piękna, ja już gotowa, zięć trzyma kluczyki w ręku, stoimy w korytarzu w pełnym rynsztunku. I nagle zaczyna się spektakl. Moja 5-letnia wnuczka oświadcza, że ta bluzka, którą ma na sobie, jej nie pasuje do nastroju. Myślałam, że córka powie krótko: „Zostaje tak, jak jest, idziemy”. Ale nie. Moja córka uklękła przed nią i z anielską cierpliwością zaczęła proces, który trwał równe piętnaście minut.
Ubierz ją w cokolwiek i wychodzimy − lekcja cierpliwości czy absurdu?
Stałam w tych moich wyjściowych butach, w płaszczu, czując, jak pot spływa mi po plecach, i patrzyłam z niedowierzaniem. Wnuczka wyciągała z szafy jedną bluzkę, drugą, rzucała nimi o łóżko, kręciła nosem, a moja córka dopytywała: „A jak się w tym czujesz? Czy ta bluzeczka cię nie gryzie? Chcesz decydować o swoim wyglądzie, prawda?”. No litości! Przecież to jest 5-letnie dziecko, a nie modelka na wybiegu w Paryżu! Kiedy w końcu nie wytrzymałam i powiedziałam: „Ubierz ją w cokolwiek i wychodzimy!”, córka spojrzała na mnie, jakbym była jakimś potworem z poprzedniej epoki.
Usłyszałam, że teraz buduje się w dziecku poczucie sprawstwa i autonomię. Że dziecko musi czuć, że jego głos ma znaczenie. Ja rozumiem, że czasy się zmieniły, że my byliśmy wychowywani twardą ręką, ale to, co widzę teraz, to klasyczny dzieciocentryzm w najczystszej, toksycznej postaci. Przez kwadrans czworo dorosłych ludzi (ja, zięć i druga babcia, która akurat wpadła) było zakładnikami humoru przedszkolaka. Czy to naprawdę jest nauka decyzyjności? Dla mnie to czysty absurd i robienie z dziecka małego cara, któremu wszystko wolno.
Mały car w centrum wszechświata, czyli gdzie podział się szacunek do dorosłych?
Najbardziej zabolało mnie to, że w tym całym dawaniu sprawstwa zupełnie zapomniano o szacunku dla czasu i wysiłku innych. My tam staliśmy jak służący, czekając na werdykt pięciolatki. Nikt nie powiedział: „Kochanie, babcia czeka, jest gorąco, wybierz szybko albo ja wybiorę za ciebie”. Nie, to my mieliśmy się dostosować. Córka tłumaczy mi, że granice dziecka są święte. A co z moimi granicami? Co z granicami zięcia, który tylko nerwowo spoglądał na zegarek?
Moim zdaniem takie wychowanie wcale nie pomaga dzieciom. Wręcz przeciwnie − przygotowuje im miękkie lądowanie w świecie, który wcale nie będzie chciał na nie czekać. Czy szef w przyszłej pracy też będzie czekał 15 minut, aż wnuczka wybierze odpowiednią czcionkę w mailu, bo musi poczuć sprawstwo? Śmiem wątpić. Robimy dzieciom krzywdę, wmawiając im, że ich najmniejsza zachcianka jest ważniejsza niż komfort całej grupy. Potem się dziwimy, że młodzież jest roszczeniowa i nie potrafi poradzić sobie z najmniejszą odmową. Jeśli w domu wszystko kręci się wokół koloru bluzki, to jak to dziecko ma zrozumieć, że czasem trzeba się po prostu dostosować do reszty?
Poczucie sprawstwa czy zwykła bezradność rodziców?
Zastanawiam się często, czy te wszystkie mądre terminy z poradników to nie jest przypadkiem zasłona dymna dla zwykłej bezradności współczesnych rodziców. Łatwiej jest powiedzieć „Daję mu wybór”, niż narazić się na krzyk i tupanie nogą. Bo przecież dzisiejsze dzieci nie mogą płakać, nie mogą czuć frustracji − bo to niby łamie im psychikę. Moje pokolenie wiedziało, że jak mama mówi „Idziemy”, to się idzie. I nikt z nas nie ma traumy z powodu tego, że musiał założyć niebieski sweter zamiast zielonego.
Wyszliśmy z tego domu w końcu, ale lody mi już nie smakowały. Patrzyłam na tę moją wnuczkę, która z dumną miną kroczyła w wybranej bluzce, i czułam smutek. Smutek, bo widzę, jak rodzice stają się niewolnikami własnych dzieci w imię źle pojętej nowoczesności. Chciałabym zapytać inne mamy i babcie: czy naprawdę uważacie, że takie celebrowanie każdego kaprysu to dobra droga? Czy nie tęsknicie za czasami, kiedy w domu panowały jasne zasady, a dziecko wiedziało, że jest częścią rodziny, a nie jej dyrektorem zarządzającym? Bo ja, stojąc w tych butach przy drzwiach, poczułam, że w tym nowoczesnym domu zabrakło miejsca na zwykłą, ludzką życzliwość wobec nas, dorosłych.
Z poważaniem,
Babcia Grażyna
Napisz do nas: redakcja@mamotoja.pl
Zobacz też: „Na komunię kupiłam wnuczce Pismo Święte. Odpowiedziała 2 słowa i aż się przeżegnałam”