Dziadkowie powinni fundować wnukom kolonie? „Niech się chociaż dorzucą, skoro wymigują się od opieki”
Mamy lipiec, środek wakacji, a dla pracujących rodziców takich jak ja i mój mąż to jest regularna walka o przetrwanie. Codziennie rano staję na rzęsach, żeby pogodzić pracę na etacie z organizacją czasu dla dzieciaków. I wiecie co? Ogarnia mnie potworna wściekłość, kiedy myślę o tym, jak zachowują się dziadkowie moich dzieci.

Zarówno moi rodzice, jak i teściowie, są już na emeryturach, mają mnóstwo wolnego czasu, zdrowie im dopisuje, a od opieki nad wnukami wymigują się na wszystkie możliwe sposoby. Uważam, że skoro nie chcą dać nam żadnego wsparcia fizycznego, to dziadkowie powinni fundować wnukom kolonie. Niech się chociaż dorzucą, skoro stale brakuje im czasu dla własnej rodziny.
Kiedy pod koniec czerwca zapytałam teściową, czy wzięłaby dzieciaki do siebie na chociaż jeden tydzień w lipcu, usłyszałam całą litanię wymówek. A to, że kręgosłup jej strzyka, a to, że jadą na działkę, a to, że mają swoje plany i na stare lata chcą wreszcie odpocząć. Moja własna matka nie była lepsza. Stwierdziła, że ona swoje dzieci już wychowała, a teraz ma czas na uniwersytet trzeciego wieku i wyjazdy do sanatorium. No po prostu ręce opadają.
Opieka nad wnukami w wakacje − dlaczego dziadkowie odmawiają pomocy?
Dzisiejsi emeryci kompletnie różnią się od dziadków, jakich my pamiętamy z własnego dzieciństwa. Kiedyś jeździło się do babci na całe dwa miesiące, jadło pierogi i biegało po podwórku, a rodzice mogli spokojnie pracować. Teraz dziadkowie stali się potwornie wygodni. Żyją swoim życiem, podróżują, realizują pasje i uważają, że wnuki to jest problem, który ich nie dotyczy. Rozumiem, zapracowali na odpoczynek, nikt im tego nie odbiera. Ale czy spędzenie jednego tygodnia z dzieciakami, które ich uwielbiają, to naprawdę jest aż takie potworne poświęcenie?
Przez ich totalną obojętność zostaliśmy z mężem zmuszeni do szukania płatnych opcji. Ceny kolonii i obozów letnich w tym roku po prostu zwalają z nóg. Za tygodniowy obóz sportowy dla Kacpra i kolonie językowe dla Oliwki musieliśmy zapłacić prawie sześć tysięcy złotych. Przecież to jest ponad jedna porządna pensja. Finanse młodych małżeństw w dzisiejszych czasach są napięte, a my musimy brać nadgodziny, żeby dzieci nie siedziały przez dwa miesiące same przed ekranem komputera w dusznym bloku.
Koszt kolonii letnich dla dzieci − czy starsze pokolenie powinno pomóc?
Wczoraj przy stole nie wytrzymałam. Powiedziałam wprost moim rodzicom i teściom, ile kosztowały nas te wyjazdy i że skoro żadne z nich nie miało czasu, by zaprosić wnuki do siebie, to byłoby bardzo miło, gdyby chociaż sfinansowali połowę tych kosztów. W końcu oboje z mężem harujemy też na to, żeby im żyło się dobrze, a oni mają stałe dochody i zerowe opłaty na wychowanie dzieci. Reakcja starszego pokolenia po prostu mnie osłabiła. Zaczęli prychać, kręcić głowami i patrzeć na mnie, jakbym co najmniej chciała ich okraść.
Teść stwierdził z pełną powagą, że za jego czasów nikt nie jeździł na żadne luksusowe obozy, dzieci bawiły się na trzepaku pod blokiem i wyrosły na ludzi. Moja mama dodała, że im nikt grosza nie dawał i musieli radzić sobie sami. No tak, tylko za ich czasów dziadkowie zapewniali opiekę. Dzisiaj wszystko jest na głowie rodzica. Uważam, że dorzucenie się do wakacji wnuków to nie jest żadna jałmużna, tylko zwykły, rodzinny obowiązek. Skoro dziadkowie oszczędzają swoje siły i nie chcą gotować obiadów ani prać ubrań wnuków przez tydzień, to ich wkład finansowy powinien być czymś całkowicie naturalnym.
Finansowanie wakacji przez dziadków a relacje w rodzinie
Po tym obiedzie atmosfera w domu jest tak gęsta, że można ją kroić nożem. Mąż uważa, że zrobiłam straszny obciach i nie powinnam wyciągać ręki po pieniądze rodziców. Ale ja czuję potworny żal. Widzę znajomych z pracy, których rodzice sami z siebie kupują wnukom bilety, opłacają wycieczki i cieszą się, że mogą pomóc młodym. U nas jest tylko wieczne narzekanie i pilnowanie własnego nosa.
Dziadkowie mają usta pełne frazesów o tym, jak to bardzo kochają Kacperka i Oliwkę, kupują im tanie czekoladki na urodziny, a kiedy przychodzi do realnej pomocy, gdy rodzice toną w obowiązkach, to nagle wszyscy znikają. Ta sytuacja totalnie zniszczyła moje zaufanie do nich. Nie wyobrażam sobie, jak mam teraz udawać na kolejnych świętach, że jesteśmy zgraną, wspierającą się rodziną.
Chciałam zapytać inne mamy czytające ten portal: czy Waszym zdaniem przesadzam? Czy oczekiwanie wsparcia finansowego od niepracujących i dobrze sytuowanych dziadków w dobie tak kosmicznych cen za kolonie to faktycznie roszczeniowość, czy może po prostu normalna, zdrowa solidarność pokoleń? Doradźcie coś, bo czuję się z tym wszystkim potwornie sama.
Pozdrawiam całą Redakcję,
Marta
Napisz do nas: redakcja@mamotoja.pl