„Córka wróciła z półkolonii zmarnowana. Gdy usłyszałam, co kazali im robić, zbladłam: za to płacę prawie 1000 zł?!”
Miały być aktywne wakacje, nowe znajomości i atrakcje od rana do popołudnia. Zamiast tego ośmioletnia córka naszej czytelniczki przez większość dnia siedziała – jak twierdzi mama – w sali domu kultury z telefonem w ręku. Kobieta nie ukrywa rozczarowania. „Jeśli wiedziałabym, że tak będą wyglądały te półkolonie, nigdy bym jej nie zapisała” – pisze w mailu do naszej redakcji.

Rodzice płacą nawet kilkaset złotych za tygodniowy turnus półkolonii i liczą na ciekawy program. Nasza czytelniczka twierdzi jednak, że rzeczywistość okazała się zupełnie inna, niż obiecywała oferta.
„Myślałam, że będzie wracała z głową pełną wrażeń”
Szanowna Redakcjo,
zapisałam córkę na tygodniowe półkolonie organizowane w naszym mieście. Kosztowały 980 zł. Nie była to mała kwota, ale uznałam, że warto. W opisie były warsztaty, gry terenowe, zajęcia sportowe, wyjścia i mnóstwo aktywności. Pomyślałam, że dziecko będzie miało wreszcie tydzień pełen ruchu i oderwie się od ekranu.
Już pierwszego dnia córka wróciła jakaś przygaszona. Uznałam, że może jest zmęczona. Siłą musiałam wyciągnąć z niej, co się dzieje.
„Było gorąco, więc siedzieliśmy w środku”
Najczęściej słyszałam jedno zdanie: „Było gorąco, oglądaliśmy tiktoki”.
Nie mam pretensji o to, że dzieci nie biegały po słońcu przy ponad 30 stopniach. To akurat uważam za rozsądne. Problem w tym, co – według córki – działo się później.
Opiekunowie pytali dzieci, czy mają ochotę na aktywności, które były w programie. Jeśli dzieci nie wykazywały przesadnego zainteresowania, po prostu odpuszczali.
Córka mówiła, że jedni rysowali, inni rozmawiali, ale większość wyciągała telefony. Opiekunowie nawet nie reagowali. Nikt nie zabierał telefonów, nikt nie proponował wspólnych zabaw czy zajęć. Gdy zapytała wychowawczynię, co będą robić, usłyszała podobno, że „jak zrobi się chłodniej, to wyjdą”.
Dopiero trzeciego dnia wszyscy poszli do kina.
„Naprawdę za to zapłaciłam prawie tysiąc złotych?”
Najbardziej zdziwiło mnie to, że córka po powrocie do domu... znowu chciała siedzieć z telefonem. Trudno było mi ją przekonać do wyjścia na rower, bo stwierdziła, że „na półkoloniach też nic nie robili”.
Nie oczekiwałam, że przez osiem godzin dziennie dzieci będą miały warsztaty bez ani minuty przerwy. Rozumiem, że przy upałach trzeba zmieniać plany i zadbać o bezpieczeństwo.
Ale naprawdę trudno mi zaakceptować sytuację, w której rozwiązaniem jest pozwolenie dzieciom na wielogodzinne siedzenie z telefonami. Gdybym chciała, żeby córka spędziła tydzień przed ekranem, nie musiałabym wydawać prawie tysiąca złotych.
Być może trafiłam na wyjątkowo pechowy turnus. Wiem jednak jedno – w przyszłym roku dużo dokładniej sprawdzę program i dopytam, jak wygląda plan awaryjny na dni z upałami.
Napisz do nas: redakcja@mamotoja.pl
Komentarz redakcji
Jeśli relacja naszej czytelniczki wiernie oddaje przebieg półkolonii, jej rozczarowanie wydaje się zrozumiałe. W czasie upałów organizatorzy mają obowiązek dostosować plan dnia do warunków pogodowych i unikać długiego przebywania dzieci na słońcu. To jednak nie oznacza, że jedynym rozwiązaniem jest pozostawienie uczestników z telefonami przez znaczną część dnia.
Jednocześnie warto pamiętać, że pojedyncza relacja nie pozwala ocenić całego turnusu ani wszystkich półkolonii. Przed zapisaniem dziecka dobrze jest dopytać organizatora nie tylko o listę atrakcji, ale również o to, jak wygląda plan zajęć w przypadku niepogody lub wysokich temperatur. Dzięki temu łatwiej uniknąć rozczarowania i wybrać ofertę najlepiej dopasowaną do oczekiwań rodziny.