Mamy dwójkę dzieci – siedmioletniego Kubę i pięcioletnią Maję. Oboje mają niespożyte pokłady energii, ale na co dzień jakoś nad tym panujemy. Nad morzem wszystko wyglądało jednak inaczej.
WIDEO…
Ledwo rozłożyliśmy parawan, a oni już poznali dwójkę dzieci z sąsiedniego koca.
– Mamo, możemy pobiegać? – zapytał Kuba.
– Tylko nie za daleko i uważajcie na ludzi – odpowiedziałam.
Przez pierwsze minuty faktycznie było spokojnie. Potem usłyszałam pierwszy pisk, drugi, trzeci...
Dzieci urządziły sobie wyścigi między parawanami.
Im bardziej je uspokajałam, tym mniej mnie słyszały
Biegały w tę i z powrotem, przeskakiwały nad ręcznikami, omijały cudze leżaki w ostatniej chwili.
– Kuba! Maja! Wolniej! – wołałam.
Machnęli tylko rękami.
Po chwili zaczęli budować tor przeszkód z wiaderek i łopatek.
Następnie przyszła kolej na zawody w rzucaniu mokrym piaskiem do wykopanego dołka.
Problem w tym, że piasek nie zawsze lądował tam, gdzie powinien.
Starsza pani siedząca dwa metry dalej otrzepała nogi i spojrzała na mnie wymownie.
Młody chłopak wycierał ręcznik.
Jakaś dziewczynka rozpłakała się, bo dostała garścią piasku prosto na koc.
Czułam, że zapadam się pod ziemię.
– Przepraszam państwa! Już ich zabieram! – powtarzałam chyba z dziesięć razy.
Ratownik powiedział jedno zdanie, a mnie zrobiło się gorąco
Kiedy po raz kolejny pobiegłam za dziećmi, podszedł do mnie ratownik.
Byłam przekonana, że zaraz usłyszę wykład.
– Proszę pani – powiedział spokojnie. – To naprawdę fajne dzieci, ale tutaj jest za tłoczno na takie zabawy.
Przytaknęłam.
– Wiem... Przepraszam.
– Niech pani przejdzie z nimi kawałek dalej. Jest mniej ludzi, będą mogli się wybiegać. Tutaj za chwilę komuś zrobią krzywdę, nawet niechcący.
Nie był niemiły.
Nie podniósł głosu.
Ale mnie i tak było okropnie wstyd.
Spojrzałam dookoła i miałam wrażenie, że cała plaża patrzy właśnie na nas.
– Chodźcie. Pakujemy się – powiedziałam stanowczo.
Kuba spojrzał na mnie zdziwiony.
– Ale dlaczego?
– Bo mama właśnie dostała... nieoficjalny zakaz plażowania.
Mąż parsknął śmiechem.
– Nie przesadzaj. Po prostu zmienimy miejsce.
Wystarczyło przejść dwieście metrów
Posłuchaliśmy ratownika.
Przeszliśmy kawałek dalej, tam, gdzie ludzi było znacznie mniej.
Dzieci mogły biegać do woli, urządzały wyścigi, grały w piłkę i nikomu nie przeszkadzały.
Po godzinie Kuba podszedł do mnie.
– Mamo, przepraszam. Nie wiedziałem, że wszystkim przeszkadzamy.
Przytuliłam go.
– Wiem. Na plaży po prostu trzeba pamiętać, że odpoczywa tu mnóstwo ludzi.
Wieczorem śmialiśmy się z całej sytuacji.
Mąż powiedział:
– Za rok od razu idziemy na mniej zatłoczoną plażę.
I miał rację.
Dzisiaj opowiadam tę historię z uśmiechem, ale wtedy naprawdę miałam ochotę zapaść się pod piasek. Zrozumiałam też coś ważnego – dzieci nie robiły niczego złośliwie. Były po prostu szczęśliwe i rozpierała je energia. To my, dorośli, musimy przewidzieć, że środek zatłoczonej plaży nie jest najlepszym miejscem na zawody w biegu. Od tamtego dnia najpierw szukamy przestrzeni, a dopiero potem rozkładamy parawan. Dzięki temu wszyscy wracają z plaży z dobrym humorem – i my, i nasi sąsiedzi.
Zobacz także:
- „Nad morzem dzieci zamawiają frytki i rybę, a ja mówię, że nie jestem głodna. Potem dojadam resztki. Nie stać nas na cztery obiady”
- „To miały być wymarzone kolonie mojej Tosi. 2 słowa przez telefon i już pędziłam po nią nad morze. Nie daruję wychowawcy”
- „Wszyscy śmiali się z naszej rodziny na all inclusive w Chorwacji. Kelner wręczył mojemu mężowi męskie spodnie i skwitował: Polacy”