„Już pierwszego dnia urlopu dostałam zakaz wstępu nad Bałtyk. Po tym, co zrobiły moje dzieci, chciałam zapaść się pod ziemię”
Na ten wyjazd czekaliśmy od miesięcy. Wynajęliśmy niewielki apartament nad Bałtykiem, spakowaliśmy parawan, wiaderka i kremy z filtrem, a dzieci odliczały dni do pierwszej kąpieli w morzu. Byłam przekonana, że najtrudniejsze będzie znalezienie miejsca na plaży. Nie przypuszczałam, że już pierwszego dnia zejdę z niej czerwona ze wstydu i będę miała ochotę omijać to miejsce szerokim łukiem.

Mamy dwójkę dzieci – siedmioletniego Kubę i pięcioletnią Maję. Oboje mają niespożyte pokłady energii, ale na co dzień jakoś nad tym panujemy. Nad morzem wszystko wyglądało jednak inaczej.
Ledwo rozłożyliśmy parawan, a oni już poznali dwójkę dzieci z sąsiedniego koca.
– Mamo, możemy pobiegać? – zapytał Kuba.
– Tylko nie za daleko i uważajcie na ludzi – odpowiedziałam.
Przez pierwsze minuty faktycznie było spokojnie. Potem usłyszałam pierwszy pisk, drugi, trzeci...
Dzieci urządziły sobie wyścigi między parawanami.
Im bardziej je uspokajałam, tym mniej mnie słyszały
Biegały w tę i z powrotem, przeskakiwały nad ręcznikami, omijały cudze leżaki w ostatniej chwili.
– Kuba! Maja! Wolniej! – wołałam.
Machnęli tylko rękami.
Po chwili zaczęli budować tor przeszkód z wiaderek i łopatek.
Następnie przyszła kolej na zawody w rzucaniu mokrym piaskiem do wykopanego dołka.
Problem w tym, że piasek nie zawsze lądował tam, gdzie powinien.
Starsza pani siedząca dwa metry dalej otrzepała nogi i spojrzała na mnie wymownie.
Młody chłopak wycierał ręcznik.
Jakaś dziewczynka rozpłakała się, bo dostała garścią piasku prosto na koc.
Czułam, że zapadam się pod ziemię.
– Przepraszam państwa! Już ich zabieram! – powtarzałam chyba z dziesięć razy.
Ratownik powiedział jedno zdanie, a mnie zrobiło się gorąco
Kiedy po raz kolejny pobiegłam za dziećmi, podszedł do mnie ratownik.
Byłam przekonana, że zaraz usłyszę wykład.
– Proszę pani – powiedział spokojnie. – To naprawdę fajne dzieci, ale tutaj jest za tłoczno na takie zabawy.
Przytaknęłam.
– Wiem... Przepraszam.
– Niech pani przejdzie z nimi kawałek dalej. Jest mniej ludzi, będą mogli się wybiegać. Tutaj za chwilę komuś zrobią krzywdę, nawet niechcący.
Nie był niemiły.
Nie podniósł głosu.
Ale mnie i tak było okropnie wstyd.
Spojrzałam dookoła i miałam wrażenie, że cała plaża patrzy właśnie na nas.
– Chodźcie. Pakujemy się – powiedziałam stanowczo.
Kuba spojrzał na mnie zdziwiony.
– Ale dlaczego?
– Bo mama właśnie dostała... nieoficjalny zakaz plażowania.
Mąż parsknął śmiechem.
– Nie przesadzaj. Po prostu zmienimy miejsce.
Wystarczyło przejść dwieście metrów
Posłuchaliśmy ratownika.
Przeszliśmy kawałek dalej, tam, gdzie ludzi było znacznie mniej.
Dzieci mogły biegać do woli, urządzały wyścigi, grały w piłkę i nikomu nie przeszkadzały.
Po godzinie Kuba podszedł do mnie.
– Mamo, przepraszam. Nie wiedziałem, że wszystkim przeszkadzamy.
Przytuliłam go.
– Wiem. Na plaży po prostu trzeba pamiętać, że odpoczywa tu mnóstwo ludzi.
Wieczorem śmialiśmy się z całej sytuacji.
Mąż powiedział:
– Za rok od razu idziemy na mniej zatłoczoną plażę.
I miał rację.
Dzisiaj opowiadam tę historię z uśmiechem, ale wtedy naprawdę miałam ochotę zapaść się pod piasek. Zrozumiałam też coś ważnego – dzieci nie robiły niczego złośliwie. Były po prostu szczęśliwe i rozpierała je energia. To my, dorośli, musimy przewidzieć, że środek zatłoczonej plaży nie jest najlepszym miejscem na zawody w biegu. Od tamtego dnia najpierw szukamy przestrzeni, a dopiero potem rozkładamy parawan. Dzięki temu wszyscy wracają z plaży z dobrym humorem – i my, i nasi sąsiedzi.
Zobacz także:
- „Nad morzem dzieci zamawiają frytki i rybę, a ja mówię, że nie jestem głodna. Potem dojadam resztki. Nie stać nas na cztery obiady”
- „To miały być wymarzone kolonie mojej Tosi. 2 słowa przez telefon i już pędziłam po nią nad morze. Nie daruję wychowawcy”
- „Wszyscy śmiali się z naszej rodziny na all inclusive w Chorwacji. Kelner wręczył mojemu mężowi męskie spodnie i skwitował: Polacy”