„Antosiu, widzę Twoją złość. Czy możemy dojść do konsensusu?”. Współcześni rodzice stali się zakładnikami własnych dzieci
Zatłoczony supermarket. Środek alejki. Na podłodze leży sześcioletni Antek, który całym sobą manifestuje sprzeciw wobec decyzji taty. Ojciec nie podnosi go na siłę z podłogi. Nie podnosi też głosu. Nie straszy, że „przyjdzie Baba Jaga i go zabierze” (uf!). Zamiast tego... Zaczyna negocjować.

Pokolenia naszych dziadków i rodziców słyszały, że są zbyt surowe. Jeszcze kilka dekad temu powtarzało się jak mantrę: „dzieci i ryby głosu nie mają”. Dziś dzieciom zdarza się mówić głośniej niż ich rodzicom. Tym drugim zarzuca się, że boją się własnych dzieci, unikają stawiania granic i za wszelką cenę chcą być ich najlepszymi przyjaciółmi. Tylko że granice zaczynają się zacierać, umyka coś jeszcze: poczucie bezpieczeństwa.
Scena, którą wielu rodziców zna aż za dobrze
Scenę z supermarketu opisał na Facebooku edukator i były nauczyciel wspomagający Jacek Suliga. Jego post błyskawicznie zaczął zdobywać kolejne udostępnienia i komentarze, bo wielu internautów uznało, że doskonale oddaje to, jak zmieniło się współczesne rodzicielstwo.
Najmocniej wybrzmiewa fragment dialogu między ojcem a synem:
„Antosiu, widzę twoją złość. Rozumiem, że twoje granice zostały naruszone. Ale czy moglibyśmy dojść do konsensusu? Może kupimy żelki zamiast jajka? Proszę cię, wstań, bo pan na nas patrzy”.
Ta nieco przerysowana scena stała się punktem wyjścia do znacznie poważniejszej rozmowy.
Chcesz zobaczyć tę treść?
Aby wyświetlić tę treść, potrzebujemy Twojej zgody, aby Facebook i jego niezbędne cele mogły załadować treści na tej stronie.
„Staliśmy się bezradnymi zakładnikami nastrojów własnych dzieci”
Zdaniem autora problem nie dotyczy jednej sceny w sklepie. To symbol znacznie większej zmiany, jaka dokonała się w podejściu do wychowania. Suliga pisze:
„Dorośli ludzie zrzekli się swojej władzy rodzicielskiej, dobrowolnie oddając stery w ręce kilkulatków. Z panicznego lęku przed byciem autorytarnym tyranem, staliśmy się bezradnymi zakładnikami nastrojów własnych dzieci”. Tak, jakby nie było nic pomiędzy.
Jacek Suliga przekonuje, że w ciągu jednego pokolenia przeszliśmy od modelu „dzieci i ryby głosu nie mają” do sytuacji, w której dziecko zaczyna być traktowane jak równorzędny partner przy podejmowaniu niemal każdej decyzji.
W jego ocenie rodzice coraz częściej nie stawiają granic nie dlatego, że ich nie widzą, ale dlatego, że boją się reakcji dziecka.
Czy wychowanie bez granic naprawdę jest dobre?
To właśnie ta część wpisu wywołała największą dyskusję. Trudno bowiem nie zauważyć, że współczesne rodzicielstwo bardzo się zmieniło. Większość mam i ojców chce wychowywać inaczej niż ich rodzice. Rozmawia z dziećmi o emocjach, tłumaczy swoje decyzje, unika kar i stawia na budowanie relacji. Problem pojawia się wtedy, gdy szacunek zaczyna być mylony z rezygnacją z odpowiedzialności za podejmowanie decyzji.
Psychologowie od lat podkreślają, że dzieci potrzebują nie tylko akceptacji i zrozumienia, ale również przewidywalnych granic. To właśnie one budują poczucie bezpieczeństwa. Kilkulatek nie musi decydować o wszystkim. Ba! Nie powinien decydować, bo on wcale tego nie chce. Potrzebuje dorosłego, który weźmie odpowiedzialność za trudne decyzje i go poprowadzi.
„Dziecko potrzebuje mądrego dorosłego”
Jednym z najciekawszych fragmentów wpisu Suligi jest ten dotyczący roli rodzica:
„Problem polega na tym, że dziecko nie potrzebuje kolejnego kumpla. Kumpli ma na boisku, w szkole, na Discordzie. Dziecko potrzebuje mądrego dorosłego”.
Autor przekonuje, że wielu rodziców tak bardzo boi się konfliktów i chwilowej niechęci ze strony dziecka, że rezygnuje z bycia przewodnikiem. Tymczasem – jak zauważa – to właśnie konsekwencja, jasne zasady i umiejętność powiedzenia „nie” są jednymi z najważniejszych elementów wychowania.
Absolutnie nie chodzi o powrót do metod wychowawczych sprzed kilku dekad. Ale nie chodzi też o rodzicielskie rozpasanie. Łatwo wyśmiać przerysowaną scenę z supermarketu, ale znacznie trudniej znaleźć równowagę.
Być może właśnie o tę równowagę dziś chodzi najbardziej. Dziecko nie powinno dorastać ani w strachu przed rodzicem, ani z przekonaniem, że to ono stoi za sterem rodzinnego statku. Bo szacunek dla emocji i stawianie granic nie muszą się wykluczać. Wręcz przeciwnie – dopiero razem tworzą fundament bezpiecznej relacji.
Czytaj także: Te dzieci przestają się złościć i krzyczeć w 3 minuty. Wystarczy zadać 2 krótkie pytania