Reklama

Ostatnio moja koleżanka, kobieta sukcesu, zawsze świetnie zorganizowana mama dwóch chłopców, przyznała mi się: „Słuchaj, ja już nie mogę. Mój syn wszędzie mówi to słowo na 's'. Ostatnio w kolejce do lekarza wypalił z tym na cały regulator, a ludzie patrzyli na mnie jak na wariatkę”. Chodziło jej o osławione „skibidi”.

Internetowy trend w szkolnej ławce − skąd wzięło się „skibidi”?

Przyznam szczerze, że gdyby ktoś kilka miesięcy temu zapytał mnie, o co chodzi z tymi toaletami i śpiewającymi głowami, pewnie tylko wzruszyłabym ramionami. Ale „skibidi” to nie jest zwykłe słowo − to symbol całej generacji Alfa, który wyewoluował z dziwacznej, surrealistycznej serii filmików na YouTube (Skibidi Toilet). Dla dziecka to kod, sposób na bycie w temacie, element szkolnej przynależności.

Dla rodzica? To synonim cyfrowego śmietnika. Kiedy słyszymy, jak nasze dziecko przy niedzielnym obiedzie mówi, że babcia jest „skibidi”, albo ocenia obiad jako „skibidi toilet”, czujemy fizyczny skurcz żołądka.

Dlaczego tak bardzo się tego wstydzimy? Bo to słowo jest dla nas dowodem na to, że straciliśmy kontrolę. W naszych głowach natychmiast zapala się czerwona lampka: „Co pomyślą inni? Że siedzi cały dzień przed tabletem? Że nie czytamy mu książek? Że karmimy jego mózg papką z sieci?”. Ten okropny wstyd, o którym mówiła moja koleżanka, to w rzeczywistości lęk przed oceną społeczną. Boimy się, że wyjdziemy na rodziców niedbających o rozwój, którzy idą na łatwiznę, pozwalając internetowi wychowywać swoje dzieci. Słowo na „s” staje się w naszych uszach wyrokiem skazującym nas na miano „tych gorszych” opiekunów.

Slangowy brainrot, czyli dlaczego dzieciaki kochają to, co nas przeraża

W środowisku szkolnym „skibidi” czy „sigma” są na porządku dziennym. To współczesna waluta towarzyska. Dzieciaki przerzucają się tymi określeniami, budując własny, hermetyczny świat, do którego my nie mamy wstępu. I to nas boli najbardziej. My, dorośli, chcielibyśmy, aby nasze dzieci posługiwały się piękną polszczyzną, by cytowały wiersze (albo chociaż mówiły pełnymi zdaniami), a dostajemy w zamian onomatopeje z pogranicza abstrakcji. To, co internet nazywa „brainrot content” (treściami rozmiękczającymi mózg), dla naszych dzieci jest po prostu śmieszne.

Moja przyjaciółka Ania przyznała, że najbardziej wstydzi się tego, że nie potrafi „skibidi” zakazać. Bo jak zakazać słowa, które jest wszędzie? Na korytarzu, w szatni, na boisku. Rodzicielska frustracja bierze się stąd, że czujemy się bezsilni wobec algorytmów, które są szybsze niż nasze pedagogiczne starania. Wydaje nam się, że to słowo na „s” stygmatyzuje naszą rodzinę jako taką, w której nie dba się o jakość treści pokazywanych dziecku. Ale czy naprawdę tak jest? Czy jedno głupie słowo z internetu faktycznie przekreśla lata czytania bajek do poduszki i wspólnych wycieczek do muzeum?

Wstyd ma wielkie oczy − jak odczarować „skibidi” i odzyskać spokój?

Czas na chwilę szczerości: my też mieliśmy swoje „skibidi”. Czy pamiętacie czasy „czadowo”, „spoko” albo dziwnych rymowanek, które doprowadzały naszych rodziców do szału? Każde pokolenie potrzebuje swojego językowego buntu, swojej odrębności. Problem polega na tym, że dzisiejszy slang jest bardziej wizualny i silniej powiązany z szybką kulturą obrazkową, co budzi w nas naturalny lęk o koncentrację i rozwój poznawczy naszych pociech. Jednak palenie się rakiem w sklepie tylko dlatego, że ośmiolatek użył modnego słowa, to droga donikąd.

Zamiast się wstydzić, warto... zapytać. Kiedy moje dziecko używa słowa, którego nie rozumiem (lub którego się boję), nie uciszam go z przerażeniem w oczach. Pytam: „A co to właściwie dla ciebie znaczy?”. Często okazuje się, że dla dziecka „skibidi” to po prostu synonim czegoś fajnego albo... kompletnie nic nieznaczący przerywnik. Odczarowanie słowa zdejmuje z niego tę magiczną, zakazaną moc. Jeśli przestaniemy reagować na nie jak na najgorszy wulgaryzm, przestanie być ono narzędziem do testowania naszej cierpliwości.

Rodzicielstwo to nie jest konkurs na najpiękniejsze słownictwo dziecka − to relacja. I o ile dbamy o to, by dziecko wiedziało, kiedy język internetu jest nie na miejscu (np. na uroczystości u babci), o tyle możemy odpuścić sobie wstyd. W końcu to tylko słowo, które przeminie tak szybko, jak kolejny trend na TikToku.

Zobacz też: „Głupie zasady synowej psują mi wnuczkę. Gdybym to ja zajmowała się Majeczką, byłaby złotym dzieckiem”

Reklama
Reklama
Reklama
Loading...