„Gdy syna ktoś zaczepia w szkole, każę mu oddać i się nie cackać. Nie będę wychowywać ciamajdy”
Mój Bartek chodzi do trzeciej klasy, jest bystrym, wesołym dzieciakiem, ale od kilku tygodni ma na pieńku z jednym klasowym łobuzem, który upatrzył go sobie jako cel do głupich docinków, podkładania nóg i popychania na korytarzu podczas przerw. Kiedy syn przyszedł z tym problemem do mnie po raz pierwszy, nie bawiłam się w żadne psychologiczne pogadanki, tylko powiedziałam mu krótko: gdy ktoś cię zaczepia, oddaj mu − krótka piłka.

Wczoraj Bartek w końcu nie wytrzymał, gdy tamten znowu zrzucił mu piórnik z ławki, odwinął się i rąbnął go prosto w nos. Natychmiast wylądowałam na dywaniku w gabinecie dyrekcji, gdzie pani pedagog ze świętym oburzeniem zaczęła mi robić wyrzuty, że przemoc rodzi przemoc i że powinnam uczyć dziecko rozmawiać o emocjach. Powiedziałam jej prosto w oczy, że nie będę wychowywać ciamajdy, która przy lada okazji leci z płaczem do pani, bo w dorosłym życiu nikt za mojego syna nie rozwiąże żadnego konfliktu.
Samoobrona w szkole, czyli dlaczego uciekanie do pani nauczycielki nie działa?
Współczesna szkoła publiczna próbuje wmawiać rodzicom, że ma sytuację pod kontrolą i że każde zgłoszenie przemocy na korytarzu spotyka się z natychmiastową, skuteczną reakcją ze strony dyrekcji. No po prostu cyrk na kółkach i totalna bajka dla naiwnych, bo każdy, kto ma dziecko w podstawówce, doskonale wie, jak to wygląda w realu. Nauczycielki wolą klikać w telefony albo plotkować w kąciku, a gdy zaryczany maluch przybiega, że ktoś go uderzył, słyszy tylko standardowe: przeproście się i pogódźcie.
Dla mnie takie podejście to jest jawne dawanie przyzwolenia na to, by klasowi tyrani bezkarnie pastwili się nad słabszymi rówieśnikami, którzy boją się postawić. Mój syn po moim pozwoleniu poczuł się w końcu pewnie we własnej skórze i gwarantuję Państwu, że tamten łobuz po wczorajszym nokaucie będzie go omijać szerokim łukiem. Chłopcy od wieków załatwiali swoje sprawy po męsku i czasem jeden solidny męski argument działa lepiej niż sto nudnych godzin spędzonych na pogadankach z psychologiem o radzeniu sobie ze złością.
Wychowuję silnego mężczyznę, a nie niedojdę
Matki z klasowej grupy na WhatsAppie linczują mnie teraz w komentarzach, pisząc, że mój syn jest agresorem i powinien dostać naganę. A ja pytam te wszystkie idealne mamusie: kim będą wasi synowie za dziesięć czy piętnaście lat, gdy wyrosną na życiowe niedojdy, niepotrafiące twardo walczyć o swoje w robocie czy na ulicy? Świat nie jest różowy, nikt nie będzie się z nimi cackał po wyjściu ze szkolnych murów i jeśli mały człowiek nie nauczy się stawiać granic teraz, to w dorosłości słono za to zapłaci. Uczę Bartka szacunku do dziewczynek, uczę go, że nigdy nie wolno atakować pierwszemu i zaczepiać słabszych, ale obrona własna to jest jego święte prawo.
Nie będę przepraszać za syna
Ta cała awantura w gabinecie dyrektora pokazała mi tylko, jak bardzo dzisiejszy system oświaty odkleił się od realnego życia i jak bardzo brakuje w nim zdroworozsądkowego podejścia. Nie mam zamiaru przepraszać za to, że mój syn potrafi się obronić, gdy ktoś narusza jego przestrzeń osobistą i niszczy jego rzeczy. Złożyłam oficjalne oświadczenie, że nie wyrażam zgody na żadne sesje z psychologiem dla Bartka, bo syn zrobił dokładnie to, co powinien zrobić każdy chłopak na jego miejscu.
Apeluję do wszystkich mam, które mają w domach synów i boją się, że wyrosną oni na szkolne ofiary klasowych cwaniaków: przestańcie uczyć dzieci bezradności i wiecznego skarżenia. Dajcie swoim chłopakom zielone światło na twardą walkę, gdy inne metody zawodzą, bo tylko w ten sposób wyrosną na pewnych siebie, silnych mężczyzn, którzy poradzą sobie z każdym życiowym kryzysem. Szkoła powinna uczyć wiedzy, a charakter i instynkt przetrwania buduje się w domu, przy wsparciu rodziców, którzy nie boją się iść pod prąd powszechnym, modnym głupotom.
Kaja
Komentarz Redakcji: List naszej czytelniczki obnaża potężne emocje i bezradność, z jakimi mierzą się rodzice w starciu ze szkolną przemocą, jednak jako Redakcja nie popieramy zasady „oko za oko”. Choć instynktowna chęć ochrony własnego dziecka jest w pełni zrozumiała, psychologia dziecięca wyraźnie pokazuje, że nauka agresji fizycznej nie buduje w małym człowieku zdrowej pewności siebie, a jedynie utwierdza go w przekonaniu, że siła jest jedynym rozwiązaniem konfliktów.
Zamiast uczyć dzieci bicia, powinniśmy jako dorośli twardo i bezkompromisowo wymagać od dyrekcji szkół zapewniania bezpieczeństwa na korytarzach, jednocześnie ucząc najmłodszych asertywności, stawiania granic słownych oraz zgłaszania problemów dorosłym, którzy mają obowiązek skutecznie reagować.
Napisz do nas: redakcja@mamotoja.pl
Zobacz też: „Zużyci” nauczyciele nie dają już rady: 72 proc. myśli o odejściu z zawodu. Nie będzie miał kto uczyć?