Jej syn wrócił ze szkoły z płaczem. Matka: „Nie daruję nauczycielce”
Nauczycielka oceniła ucznia zbyt surowo za brak wiedzy z odległych lekcji? Ta mama uważa, że jedynka za brak pamięci do szczegółów to pedagogiczny błąd, którego nie zamierza puścić płazem.

Droga Redakcjo! Serce mi pęka, gdy patrzę na mojego syna, a w środku aż się gotuję z wściekłości na to, co wyprawia się w naszej szkole. Mój Kacper jest w piątej klasie, to wciąż małe dziecko, które potrzebuje wsparcia i zachęty, a nie kłód rzucanych pod nogi przez dorosłych, którzy powinni być jego przewodnikami.
Wczoraj mój syn wrócił do domu z zapuchniętymi od płaczu oczami, rzucił plecak w kąt i zamknął się w pokoju. Wszystko przez jedną kobietę, która mieni się pedagogiem, a zachowuje się jak inkwizytor. Nie daruję tej nauczycielce tego, co zrobiła mojemu dziecku.
Dramat przy tablicy zamiast normalnej lekcji
Wszystko zaczęło się na lekcji polskiego. Kacper był przygotowany z ostatniego tematu, wiedział wszystko o przymiotnikach, bo siedzieliśmy nad tym razem cały wieczór. Ale pani polonistka miała inny plan. Wywołała go do tablicy i zamiast zapytać o to, co było wczoraj, zaczęła go maglować z materiału chyba sprzed miesiąca! Pytała o jakieś zawiłości z mitologii, które oni przerabiali wieki temu. Kacper stanął tam, przed całą klasą, i po prostu go zatkało. Stres, nagłe uderzenie gorąca i pustka w głowie − chyba każdy z nas to zna.
Zamiast mu pomóc, naprowadzić, pani polonistka z lodowatym uśmiechem stwierdziła, że skoro nie pamięta, to znaczy, że się nie uczy. I wpisała mu wielką, czerwoną jedynkę do dziennika. Moje dziecko poczuło się upokorzone i gorsze od innych. Czy naprawdę rola nauczyciela polega na tym, żeby przyłapać ucznia na tym, czego nie wie, zamiast sprawdzić to, co umie?
Wymagania z kosmosu i niszczenie dziecięcej psychiki
Ja się pytam: po co tak stresować dzieci w piątej klasie? Czy my chcemy wychować pokolenie nerwicowców, którzy boją się odezwać, bo zostaną ocenieni i wyśmiani? Piąta klasa to czas, kiedy dzieci dopiero uczą się systematyczności, ich mózgi są przeładowane tysiącem informacji z różnych przedmiotów. Wymaganie, żeby uczeń w każdej chwili recytował regułki sprzed kilku tygodni, to absurd i czyste znęcanie się.
Mój Kacper od wczoraj powtarza, że jest głupi i do niczego się nie nadaje. Jak mam mu teraz wytłumaczyć, że ocena w dzienniku nie definiuje jego wartości, skoro szkoła robi wszystko, żeby go w tym utwierdzić? Nauczyciele krzyczą, że dzieci nie chcą czytać książek, a potem sami ich do tego zniechęcają takimi metodami. Ta jedynka niczego go nie nauczyła, jedynie sprawiła, że na widok pani od polskiego dostaje skurczu żołądka. Czy to jest ten słynny wysoki poziom nauczania? Dla mnie to po prostu brak empatii i zwykłego, ludzkiego podejścia.
Czas skończyć z presją ocen i zacząć widzieć w uczniu człowieka
Dyrektorzy szkół i kuratoria powinny wreszcie zrozumieć, że dzieci to nie są roboty, do których wgrywa się dane i oczekuje, że będą tam zawsze dostępne na kliknięcie. Szkoła powinna być bezpiecznym miejscem. Zamierzam iść do szkoły i porozmawiać z tą panią, choć mąż mówi, żebym odpuściła. Ale ja nie odpuszczę! Jeśli my, rodzice, nie staniemy murem za naszymi dziećmi, to kto to zrobi?
Nie zgadzam się na to, żeby mój syn płakał przez czyjeś kompleksy i potrzebę pokazania władzy nad słabszym. Szkoła ma uczyć, a nie karać za to, że ludzka pamięć jest zawodna, zwłaszcza w stresie. Mam nadzieję, że inne mamy też zaczną głośno mówić o tym, co dzieje się za zamkniętymi drzwiami klas. Nasze dzieci zasługują na szacunek i zrozumienie. Kacper jest mądrym, wrażliwym chłopcem i żadna pani od polskiego nie wmówi mu, że jest inaczej tylko dlatego, że zapomniał imienia jakiegoś greckiego boga.
Ciekawi mnie, co o tym sądzicie − czy odpytywanie z materiału sprzed kilku tygodni to norma, którą należy zaakceptować, czy może jednak relikt przeszłości, który niszczy dziecięcą pewność siebie?
Ela
Napisz do nas: redakcja@mamotoja.pl
Zobacz też: Toksyczna matka zawsze robi te 3 rzeczy. Z zewnątrz wygląda na troskliwą mamusię