Reklama

Kiedy Kacper był malutki, wszyscy bili mi brawo, że karmię naturalnie, że daję mu przeciwciała, że buduję więź. Ale gdy tylko skończył rok, zaczęły się pytania: „A kiedy odstawisz?”, „Przecież on już je schabowe, po co mu to?”. Teraz, gdy mój syn jest rezolutnym przedszkolakiem, który potrafi sam złożyć klocki Lego i opowiedzieć o kosmosie, moja pierś stała się dla otoczenia czymś obrzydliwym albo wręcz niemoralnym.

Ludzie nie rozumieją, że to nie jest tylko jedzenie. To nasze bezpieczeństwo, nasz sposób na wyciszenie po trudnym dniu w przedszkolu i najwspanialszy dowód miłości, z którego nie mam zamiaru rezygnować tylko dlatego, że sąsiadka czy pani w kolejce czują dyskomfort.

Długie karmienie piersią to nie fanaberia, to świadomy wybór

Wiele osób pyta mnie, dlaczego wciąż to robię, sugerując, że pewnie chcę uwiązać syna przy sobie albo że robię mu krzywdę emocjonalną. To bzdura. Kacper jest bardzo samodzielnym chłopcem, odważnym i ciekawym świata, a karmienie piersią daje mu bazę, z której może śmiało ruszać w świat. Światowa Organizacja Zdrowia mówi jasno: karmić należy tak długo, jak chce tego matka i dziecko.

Dlaczego więc w naszym społeczeństwie ta granica jest ustawiona tak nisko? Czy mleko matki po drugich urodzinach nagle zamienia się w wodę? Oczywiście, że nie. To wciąż najzdrowszy pokarm, pełen witamin i składników, których nie znajdzie się w żadnym soku czy jogurcie z marketu. Dla mnie to naturalna kontynuacja macierzyństwa i nie widzę powodu, by przerywać coś, co daje mojemu dziecku tyle dobra, tylko dlatego, że komuś innemu wydaje się to dziwne.

Presja społeczna i hejt wobec matek karmiących starsze dzieci

Najgorsze są sytuacje w miejscach publicznych, choć i tak staram się być dyskretna, bo nie chcę wysłuchiwać agresywnych komentarzy. Ostatnio na placu zabaw Kacper uderzył się w kolano, podbiegł do mnie zapłakany i poprosił o maminą pomoc. Gdy tylko rozpięłam bluzkę, by go uspokoić, usłyszałam za plecami głos innej matki: „Boże, taki wielki koń, to obrzydliwe”. Poczułam się, jakby ktoś oblał mnie kubłem zimnej wody.

Dlaczego widok kobiety karmiącej dziecko wywołuje w ludziach taką agresję, a nikt nie reaguje, gdy pięciolatek ssie smoczek albo pije z butelki ze smoczkiem? To jest hipokryzja w najczystszej postaci. Moja pierś jest źródłem ukojenia dla mojego syna. Jeśli komuś to przeszkadza, niech po prostu odwróci wzrok, zamiast wylewać na mnie swój jad i kompleksy.

Do kiedy będę karmić? Przestanę, gdy mój syn będzie gotowy

Dostałam kiedyś pytanie, czy zamierzam karmić go do liceum. Odpowiedziałam z przekąsem: „A choćby i do matury, jeśli będzie taka potrzeba!”. Oczywiście żartowałam, ale prawda jest taka, że nie wyznaczyłam sobie żadnej daty końcowej. Wierzę w samoodstawienie. Dziecko najlepiej wie, kiedy przestaje potrzebować tej formy bliskości. Zauważyłam, że Kacper prosi o pierś coraz rzadziej − czasem tylko raz dziennie, przed snem, albo gdy dzieje się coś naprawdę trudnego. To proces, który musi wygasnąć naturalnie, bez przemocy, bez smarowania piersi piołunem czy wyjeżdżania na tydzień, żeby zapomniał.

Chcę, żeby mój syn dorastał w poczuciu, że jego potrzeby są ważne, a mama jest dla niego bezpiecznym portem. Jeśli uzna, że jest już za duży, sam powie „stop”. A dopóki tego nie zrobi, nikomu nic do tego, co dzieje się w naszym domu.

Piszę to, żeby inne mamy, które karmią długo, wiedziały, że nie są same. Nie jesteście wariatkami, nie robicie dzieciom krzywdy. Robicie coś najpiękniejszego na świecie − słuchacie instynktu zamiast plotek. Nasze piersi, nasze dzieci, nasza sprawa.

Sylwia, mama Kacpra


Napisz do nas: redakcja@mamotoja.pl

Zobacz też: Gdy dziecko wpada w tantrum, jak mantrę mówię to zdanie. Wystarczą 3 słowa

Dziękujemy, że przeczytałaś/eś nasz artykuł do końca. Bądź na bieżąco! Obserwuj nas w Google.
Reklama
Reklama
Reklama
Loading...