„Matematyczka siedzi w domu, zamiast pracować. Przez jej wygodę mój Bartuś ma braki”
Problem nagminnych nieobecności matematyczki doprowadził rodziców ósmoklasistów do ostateczności. Ta mama uważa, że „opieka nad dzieckiem” nie jest wystarczającym usprawiedliwieniem dla braku realizacji programu przed najważniejszym egzaminem syna.

Dzień dobry, piszę do Państwa, bo czuję, że zaraz pęknę z bezsilności, a w szkole mojego syna nikt nie traktuje nas poważnie. Mój Bartuś jest w ósmej klasie − to najważniejszy rok, od którego zależy jego przyszłość, wymarzone liceum i całe dalsze życie. Tymczasem od września trwa jedna wielka farsa, za którą nikt nie chce wziąć odpowiedzialności.
Nasza pani od matematyki, zamiast stać przy tablicy i przygotowywać dzieci do egzaminu, spędza połowę miesiąca na zwolnieniach, bo jej własne dziecko ciągle choruje.
Egzamin ósmoklasisty za pasem, a w zeszytach pustki
Proszę mnie źle nie zrozumieć − ja wiem, że małe dzieci chorują, sama przez to przechodziłam. Ale jest jakaś granica! Matematyczka od początku roku szkolnego była w pracy może przez łącznie trzy miesiące. Kiedy tylko wraca na tydzień, zaraz znika na kolejne dwa tygodnie opieki. To jest przedmiot kierunkowy, najważniejszy na egzaminie, a moje dziecko zamiast lekcji ma wieczne zastępstwa z panią z biblioteki albo wf-istą, którzy puszczają im filmy, żeby tylko przeczekali godzinę.
W zeszycie Bartusia przez kilka tygodni potrafiło nie być ani jednego nowego tematu. Program stał w miejscu, a czas nieubłaganie uciekał. Tymczasem egzamin tuż tuż. Ja się pytam: kto za to odpowie? Pani nauczycielka pewnie uważa, że ma prawo do siedzenia w domu przy herbatce z malinami, bo przecież prawo jej na to pozwala. Ale co z prawem mojego dziecka do nauki? Co z obowiązkiem szkoły wobec uczniów?
Płacę za błędy systemu i prywatne życie nauczycielki
Najbardziej boli mnie to, że przez nieobecności tej pani, my, rodzice, musimy teraz wyciągać z portfeli setki złotych na korepetycje. Bartuś do niedawna chodził na dodatkowe lekcje dwa razy w tygodniu, bo inaczej na pewno oblałby ten egzamin. To jest skandal! Szkoła jest darmowa tylko w teorii, bo w praktyce muszę opłacać prywatnego nauczyciela, który nadrabia to, czego pani matematyczka nie raczyła zrobić w ramach swojego etatu.
Rozmawiałam o tym z dyrekcją, ale słyszę tylko: „Proszę o wyrozumiałość, pani nauczycielka ma małe dziecko, jest sezon infekcyjny”. No przepraszam bardzo, ale co mnie obchodzi jej dziecko? Ja mam swoje dziecko, o które muszę walczyć! Czy jej życie prywatne jest ważniejsze niż przyszłość trzydziestu osób w klasie? Jeśli ktoś nie jest w stanie pogodzić macierzyństwa z pracą w tak odpowiedzialnym miejscu jak klasa w roku egzaminów, to może powinien zmienić zawód albo przejść na bezpłatny urlop, a nie blokować etat i marnować czas naszym dzieciom
Gdzie podziała się misja nauczyciela i odpowiedzialność za ucznia?
Mam wrażenie, że dzisiejsi nauczyciele zupełnie zapomnieli, czym jest misja. Kiedyś nauczyciel przychodził do pracy nawet z katarem, bo wiedział, że dzieci go potrzebują. Dzisiaj wystarczy jedno kichnięcie w domu i już ląduje L4 w systemie. Ta pani doskonale wie, że dzieci mają egzamin, że stresują się, że nie radzą sobie z funkcjami czy geometrią. I co robi? Wyłącza telefon i ma wszystko w nosie.
Bartuś jest coraz bardziej sfrustrowany. Widzę, jak traci zapał do nauki, bo czuje, że w szkole nikt od niego nic nie wymaga, a potem na korkach okazuje się, jak ogromne ma braki. To jest niszczenie psychiki młodych ludzi. My, rodzice, jesteśmy wściekli, ale boimy się głośno protestować, żeby pani matematyczka nie mściła się na dzieciach, jak już łaskawie wróci do pracy. Ale ja dłużej nie będę milczeć. Szkoła to nie jest przechowalnia, a praca nauczyciela to nie jest hobby, które można porzucić, kiedy tylko dziecko zagorączkuje. Powinniśmy wymagać od nich profesjonalizmu, a nie wiecznego użalania się nad ich losem.
Z poważaniem,
oburzona mama
Napisz do nas: redakcja@mamotoja.pl
Zobacz też: „Puściłam córkę na nocowankę i to był błąd. Rodzice jej koleżanki zepsuli mi dziecko”