Reklama

Droga Redakcjo! Piszę do Państwa, bo czerwiec zaraz dobiegnie końca, a we mnie po prostu wszystko aż chodzi ze stresu na samą myśl o nadchodzących wakacjach. Moje dzieci, ośmioletni rozrabiaka i dziesięcioletnia córka, lada moment usłyszą ostatni dzwonek, a dla mnie i mojego męża zacznie się regularna walka o przetrwanie i logistyczny maraton, który wykończy nas psychicznie oraz finansowo.

Chcę za pośrednictwem Państwa portalu zadać publicznie jedno, niezwykle ważne pytanie: czy nauczyciele nie powinni dyżurować w szkołach w lipcu i sierpniu, zapewniając dzieciakom mądrą opiekę świetlicową? Uważam, że pracującym rodzicom należy się trochę oddechu i stabilizacji, zamiast wiecznego kombinowania, z kim zostawić dzieci, żeby nie stracić roboty.

Wakacje w szkole a rzeczywistość pracujących na etacie rodziców

Dla każdego przeciętnego rodzica w tym kraju okres letni to nie jest żaden czas sielanki i radosnego łapania słońca, tylko potężny kryzys organizacyjny. Muszę stawać na rzęsach, żebrać w pracy o wolne, brać urlopy na zmianę z mężem, przez co od trzech lat nie spędziliśmy ani jednego wspólnego wolnego dnia jako małżeństwo, bo wiecznie mijamy się w drzwiach jak jacyś strażnicy na zmianie.

Gdyby w szkołach podstawowych wprowadzono rotacyjne dyżury opiekuńcze w lipcu i sierpniu, cała ta logistyczna katorga odeszłaby w niepamięć, a my moglibyśmy normalnie, spokojnie chodzić do pracy bez wiecznego poczucia winy. Szkoła dysponuje przecież ogromnymi budynkami, bezpiecznymi boiskami, salami gimnastycznymi i świetlicami, które przez dwa najpiękniejsze miesiące w roku stoją całkowicie puste, zamiast służyć lokalnej społeczności. To jest dla mnie kompletne marnotrawstwo publicznej infrastruktury i brak jakiejkolwiek empatii dla rodziców. Nikt przecież nie da pracownikowi wolnego na całe lato, bo dzieciaki mają akurat przerwę.

Dwa miesiące wolnego nauczycieli okiem wściekłej i zagonionej matki

Wszędzie słyszę narrację o tym, jak bardzo są wypaleni zawodowo, zmęczeni sprawdzaniem klasówek i jak ciężki jest to kawałek chleba w trakcie roku szkolnego.

Tylko dlaczego nikt nie widzi zmęczenia nas, matek, które harują w handlu, usługach czy korporacjach po osiem, a często i dziesięć godzin dziennie przez okrągły rok, mając do dyspozycji krótki urlop z wielkim trudem wywalczony u szefa? Nauczyciele mają zagwarantowane długie tygodnie wolnego z urzędu, a ich praca w okresie wakacyjnym mogłaby przecież polegać wyłącznie na luźnych dyżurach świetlicowych, bez realizowania programu, bez oceniania i bez całego tego stresu dydaktycznego. Dorabianie w świetlicach w ramach etatów w wakacje nikomu by korony z głowy nie zrzuciło, a dla tysięcy rodzin byłoby to zbawienne rozwiązanie.

Prywatne półkolonie i obozy czyli finansowy drenaż domowych budżetów

Kiedy patrzę na cenniki prywatnych półkolonii w naszym mieście, to po prostu łzy stają mi w oczach, bo ceny za jeden skromny tydzień opieki nad dzieckiem są totalnie z kosmosu. Za pięć dni, gdzie dziecko od dziewiątej do piętnastej ma zapewniony obiad i jakieś proste wyjście do kina, firmy żądają kwot, które dla normalnej rodziny są barierą nie do przejścia, zwłaszcza przy dwójce dzieciaków.

Wychodzi na to, że cała moja pensja musiałaby pójść wyłącznie na opłacenie jakiejkolwiek opieki, żebym mogła w ogóle wyjść z domu do pracy, co jest przecież totalnym absurdem. Czas najwyższy skończyć z tym archaicznym systemem szkolnym rodem z poprzedniego wieku, kiedy to dzieci były potrzebne w gospodarstwach do żniw i dlatego wprowadzono dwa miesiące wolnego od lekcji. Żyjemy w zupełnie innych realiach, gospodarka pędzi do przodu, a system oświaty wciąż tkwi w głębokim lesie, zrzucając cały ciężar i koszty letniej opieki na barki wycieńczonych i zagonionych rodziców.

Karina


Napisz do nas: redakcja@mamotoja.pl

Zobacz też: „Teściowie zgubili moje dziecko na wakacjach w Juracie. Nigdy sobie nie wybaczę, że im zaufałam”

Dziękujemy, że przeczytałaś/eś nasz artykuł do końca. Bądź na bieżąco! Obserwuj nas w Google.
Reklama
Reklama
Reklama
Loading...