„Nauczycielom dziś w głowach się przewraca: tatuaże, miniówki, hybrydy... I oni oczekują szacunku?”
Kiedy ostatnio weszłam do szkoły mojej córki, poczułam się, jakbym trafiła na plan teledysku, a nie do instytucji, która ma wychowywać przyszłe pokolenia. Nie potrafię milczeć, gdy widzę, że osoby mające być autorytetem dla naszych dzieci, całkowicie zapomniały o tym, czym jest skromność i profesjonalny wizerunek.

Szanowna Redakcjo. Jestem matką dziesięcioletniej Julii i zawsze uczyłam ją, że szkoła to miejsce wyjątkowe − świątynia wiedzy, gdzie obowiązują pewne zasady, także te dotyczące wyglądu. Niestety, to, co widzę na korytarzach podstawówki mojej córki, przechodzi ludzkie pojęcie. Mam wrażenie, że niektórym nauczycielom w głowach się przewraca i kompletnie pomylili profesje. Czy to naprawdę zbyt wiele wymagać, by pedagog wyglądał jak pedagog, a nie jak modelka z Instagrama czy bywalec salonu tatuażu?
Szkoła to nie wybieg ani studio tatuażu
Zacznę od pana od angielskiego, który jest nowym nabytkiem w naszej szkole. Człowiek ten ma obie ręce pokryte tatuażami − od nadgarstków aż po samą szyję. Kiedy widzę go latem w krótkim rękawku, mam ochotę odwrócić wzrok. Jak takie dziecko jak moja Julka ma czuć respekt do kogoś, kto wygląda jak postać z gangsterskiego filmu?
Rozumiem, że czasy się zmieniają, że mamy wolność ekspresji, ale czy wszystko musi mieć swoje miejsce? Tatuaże kojarzą mi się z pewną subkulturą, a nie z kimś, kto ma wpajać dzieciom zasady gramatyki i dobrego wychowania. To samo dotyczy naszego nauczycielka WF-u − kolorowe tatuaże na ramionach i łydkach. Czy to teraz jakaś moda czy co?
Mój mąż twierdzi, że przesadzam, ale ja widzę, jak te dzieci na nich patrzą. Zamiast skupiać się na lekcji, podziwiają obrazki na przedramionach. To jest rozpraszające i, powiedzmy to głośno, po prostu niesmaczne w takim miejscu jak szkoła. Nauczyciel powinien budować swój autorytet wiedzą i postawą, a nie szokowaniem wyglądem. Jeśli ktoś decyduje się na tak radykalny wizerunek, powinien liczyć się z tym, że w pewnych zawodach po prostu on nie przystoi.
Krótkie spódniczki i jaskrawe paznokcie to brak profesjonalizmu
Jeszcze gorzej jest z panią od przyrody. Młoda dziewczyna, ambitna, nie przeczę, ale jej stroje są co najmniej niestosowne. Miniówki krótkie, do tego krzykliwe hybrydy w kolorze neonowego różu, długie rzęsy, przez które ledwo widzi na oczy, i mocny makijaż. Czy to jest szkoła, czy klub nocny? Ja przed wyjściem do biura trzy razy zastanawiam się, czy moja spódnica kończy się w odpowiednim miejscu, a przecież nie pracuję z dziećmi, których gust dopiero się kształtuje.
Taki wygląd to dla mnie jasny komunikat: „Nie szanuję was, rodziców, ani waszych dzieci”. To jest po prostu brak wyczucia. Nauczycielka ma być wzorem dla dziewczynek. Czego uczy moją córkę? Że najważniejsze jest epatowanie wyglądem i podążanie za każdą modą, nawet tą najbardziej wyzywającą? Później dziwimy się, że nastolatki chcą się malować do szkoły i nosić kuse topy, skoro widzą, że ich własna pani nie ma żadnych zahamowań w tej kwestii.
Gdzie podział się dawny szacunek do zawodu nauczyciela?
Najbardziej boli mnie to, że ci sami ludzie najgłośniej krzyczą o braku szacunku ze strony uczniów. Ale szacunek, drodzy Państwo, trzeba sobie wypracować także godną prezencją. Kiedyś nauczyciel wchodził do klasy w garniturze lub eleganckiej garsonce i od razu było wiadomo, kto tu rządzi. Był dystans, była klasa. Dzisiaj te granice się zacierają. Nauczyciele chcą być kumplami dzieciaków, ubierają się jak one, zachowują się jak one.
Dla mnie to prosta droga do upadku autorytetu. Jeśli nauczyciel nie potrafi dostosować swojego stroju do powagi miejsca pracy, to jak ma wymagać od ucznia, żeby ten przyniósł strój galowy na rozpoczęcie roku? To jest hipokryzja w czystej postaci. Chciałabym, żeby szkoła znów była miejscem, gdzie liczy się kultura osobista, a nie to, kto ma bardziej wymyślne paznokcie czy więcej dziar na ciele. Może jestem staroświecka, ale uważam, że pewne standardy powinny być niezmienne. Jeśli chcemy, by nasze dzieci wyrosły na poważnych ludzi, otaczajmy je dorosłymi, którzy potrafią zachować powagę.
Z poważaniem,
Angelika, mama Julki
Napisz do nas: redakcja@mamotoja.pl
Zobacz też: Dziadkowie to nie darmowa służba na pstryknięcie. „Gdy synowa podrzuciła mi wnuki, usłyszała tylko 3 słowa”