Reklama

Czy ja naprawdę jestem jedyną osobą, którą brzydzi jedzenie przygotowane przez grupę pięciolatków?

Dziecięca radość kontra brak higieny − gdzie jest granica?

Wszystko zaczęło się niewinnie. Urodziny kolegi mojego synka z przedszkola, ładna sala, balony, uśmiechnięci rodzice. W pewnym momencie mama jubilata ogłosiła wielką atrakcję. Zamiast gotowego cateringu dzieci dostały deski, chleb, masło, szynkę i warzywa. Pani domu dumnie obwieściła, że teraz maluchy same przygotują poczęstunek dla siebie i dla nas, rodziców. I tu zaczął się mój koszmar.

Patrzyłam z rosnącym przerażeniem, jak te wszystkie dzieci rzucają się na składniki. Widziałam rączki, które jeszcze przed chwilą bawiły się na podłodze, gmerały w pudełkach z ogólnodostępnymi klockami, a nawet − nie boję się tego powiedzieć − lądowały w nosach. Nikt nie pilnował, czy każde dziecko dokładnie umyło ręce mydłem.

Widziałam, jak jedna dziewczynka oblizuje palec po maśle i wkłada go z powrotem do wspólnej maselniczki, a inny chłopczyk kicha prosto na deskę z serem. Mama jubilata tylko się uśmiechała i wołała: „Ach, patrzcie, jacy oni są kreatywni!”. Dla niej to była zabawa, no cóż...

Nigdy nie zjem kanapeczki od przedszkolaka

Kiedy nadszedł moment kulminacyjny i dzieci z dumą zaczęły roznosić te swoje dzieła na tacach, poczułam, że robi mi się słabo. Jedna mama z zachwytem wzięła kanapeczkę z pomidorem, który był tak wymęczony w małych dłoniach, że niemal zmienił kolor. Ja stałam sztywno i kiedy podszedł do mnie mały Antoś z talerzem, po prostu odmówiłam. Skłamałam, że boli mnie brzuch, bo nie miałam odwagi powiedzieć prawdy: że za nic na świecie nie wzięłabym do ust czegoś, co dotykały te niekontrolowane, lepkie rączki.

Dla mnie to nie jest kwestia psucia zabawy. To jest kwestia elementarnej czystości. Małe dzieci nie mają nawyku dbania o higienę tak jak dorośli. Nie wiedzą, że nie dotyka się jedzenia po drapaniu się po głowie czy wycieraniu nosa rękawem. Serwowanie czegoś takiego dorosłym gościom uważam za szczyt braku taktu.

Rozumiem, że w domu można pozwolić dziecku ulepić pieroga, którego potem się ugotuje, ale dawanie ludziom surowych kanapek, które przeszły przez dziesięć par nieumytych dłoni, to po prostu proszenie się o co najmniej rewolucje żołądkowe.

Czy dzisiejsze matki naprawdę zapomniały o podstawach?

Czułam się na tym przyjęciu jak wariatka, bo jako jedyna nie mlaskałam z zachwytu nad kanapką z szynką, która wcześniej upadła na ziemię (widziałam to!), a potem została z uśmiechem położona z powrotem na półmisku.

Najgorsze jest to, że kiedy delikatnie zasugerowałam mamie jubilata, że może to niezbyt higieniczny pomysł, ona spojrzała na mnie, jakbym była potworem nienawidzącym dzieci. „Przecież to tylko zabawa, nie bądź taką sterylną paniusią” − rzuciła z kpiącym uśmiechem. Ale ja nie jestem sterylną paniusią. Jestem po prostu osobą, która wie, ile świństwa przenosi się na dłoniach.

Uważam, że kinderbal to czas na zabawę, a nie na kurs gotowania. Moje zdrowie i poczucie estetyki są dla mnie ważniejsze niż bycie fajną mamą, która zje wszystko, co jej podsuną pod nos.

Z poważaniem,

Paulina


Napisz do nas: redakcja@mamotoja.pl

Zobacz także: „Głupie zasady synowej psują mi wnuczkę. Gdybym to ja zajmowała się Majeczką, byłaby złotym dzieckiem”

Reklama
Reklama
Reklama