Reklama

Dzień dobry, piszę do Was, bo muszę to z siebie wyrzucić, a wiem, że na łamach Waszego portalu znajdę zrozumienie u innych matek. Moja czteroletnia córka, Lenka, miała dziś po prostu gorszy moment. Długi dzień w przedszkolu, zmęczenie, a na koniec drobiazg − pęknięty balonik sprawił, że mała usiadła na ławce i zalała się rzewnymi łzami.

Kucnęłam przy niej, przytuliłam ją i spokojnym głosem tłumaczyłam, że rozumiem jej smutek i zaraz kupimy nowy. Klasyczna, spokojna sytuacja, jakich tysiące na placach zabaw.

I wtedy, nie wiedzieć skąd, wyrosła nad nami starsza, elegancko ubrana pani z laseczką, która zamiast przejść obok, zatrzymała się, nachyliła nad moją przerażoną córką i syknęła prosto w jej zapłakaną buzię: „No już, przestań ryczeć, bo jak nie przestaniesz płakać, to cię zabiorę od mamusi i pójdziesz ze mną!”.

Straszenie dzieci, czyli trauma z poprzedniej epoki

W tym jednym momencie czas jakby się zatrzymał. Moja Lenka, słysząc te słowa, dosłownie zamarła. Jej oczy zrobiły się wielkie jak pięciozłotówki, przestała oddychać i z potwornym lękiem wtuliła się we mnie, kurczowo łapiąc za moją bluzkę. Poczułam, jak cała krew odpływa mi z twarzy, a na jej miejsce napływa czysta, pierwotna wściekłość. To potworne, zakorzenione w PRL-u straszenie dzieci Babą Jagą, panem policjantem czy złą panią, która zabierze, to jest najgorsza krzywda, jaką można wyrządzić budującemu się poczuciu bezpieczeństwa malucha.

Ta obca kobieta, bez cienia wstydu, postanowiła wykorzystać lęk mojego dziecka przed utratą matki. Bo przecież w jej idealnym świecie dzieci nie mają prawa do płaczu, mają być cichymi, posłusznymi manekinami. Stałam na równe nogi, osłaniając Lenkę własnym ciałem. Starsza pani patrzyła na mnie z taką dumną miną, jakby spodziewała się, że podziękuję jej za „pomoc”. Nie wiedziała jednak, że trafiła na matkę, która nie pozwoli na psychiczne tłamszenie swojego dziecka.

Jedno zdanie, które zamroziło staruszkę − jak postawić twarde granice

Spojrzałam jej prosto w oczy. Nie krzyczałam, nie rzucałam przekleństw, bo nie chciałam robić widowiska, ale mój głos był zimny jak lód. Powiedziałam głośno i niezwykle wyraźnie, tak by słyszeli to również inni przechodnie: „Szanowna pani, jeśli jeszcze raz odezwie się pani do mojego dziecka i spróbuje je porwać, to ja natychmiast zadzwonię na policję i zgłoszę usiłowanie uprowadzenia, a pani wiek pani nie uchroni”.

Mina tej kobiety? Bezcenna. To jedno zdanie zadziałało natychmiast i momentalnie nauczyło ją moresu. Jej usta ułożyły się w idealne „O”, laseczka zatrzęsła się w dłoni, a ta cała pewność siebie i pogarda wyparowały w sekundę. Zaczęła coś nerwowo bąkać pod nosem, że przecież ona tylko chciała pomóc, że dzisiejsze matki to histeryczki, ale widząc mój bezwzględny wzrok i dłoń zaciśniętą na telefonie, odwróciła się na pięcie i niemal biegiem oddaliła się w stronę wyjścia z parku. Nauczyłam ją szacunku do cudzych dzieci w dokładnie pięć sekund.

Czas skończyć z wychowawczym pouczaniem obcych ludzi

Dlaczego o tym piszę? Bo mam serdecznie dość tego, że starsze pokolenie uważa nas, młode matki, za własność publiczną, a nasze dzieci za obiekty do tresury. Płacz to emocja. Dziecko ma prawo płakać, ma prawo być zmęczone, a my mamy prawo reagować na to miłością i bliskością, a nie przemocą psychiczną i budowaniem traumy. Straszenie dziecka, że zostanie porwane przez obcą osobę, niszczy jego zaufanie do świata i sprawia, że w sytuacji realnego zagrożenia maluch może bać się szukać pomocy.

Błagam Was, drogie mamy, nie stójcie bezczynnie, gdy obcy ludzie wbijają szpilki w psychikę Waszych maluchów. Nie bójcie się reagować ostro i stanowczo. Wiek czy rzekoma chęć pomocy nie dają nikomu prawa do znęcania się nad emocjami czteroletniego dziecka.

Moja Lenka po powrocie do domu długo jeszcze pytała, czy ta pani naprawdę mogłaby ją zabrać. Musiałam włożyć mnóstwo energii, by na nowo posklejać jej poczucie bezpieczeństwa, które ta staruszka zrujnowała jednym zdaniem. Ale wiem jedno − ta kobieta już nigdy więcej nie odważy się podejść do żadnego płaczącego dziecka w tym parku. I to jest moje małe, rodzicielskie zwycięstwo.

Asia


Napisz do nas: redakcja@mamotoja.pl

Zobacz też: Ugotowała dziecku suchy makaron, bo nie chciało kotlecika. Oburzona babcia: „Dzisiejsi rodzice są słabi”

Dziękujemy, że przeczytałaś/eś nasz artykuł do końca. Bądź na bieżąco! Obserwuj nas w Google.
Reklama
Reklama
Reklama
Loading...