„Teściowie balują na Santorini, a my klepiemy biedę z 3 dzieci. Powinni nam pomóc z kredytem, zamiast wydawać na głupoty”
Zamiast cieszyć się słońcem i planować rodzinne urlopy, ja co wieczór siadam przy kuchennym stole z kalkulatorem w ręku i po prostu płaczę z bezsilności. Nasza codzienna rzeczywistość z trójką dzieci – ośmioletnim Antosiem, sześcioletnią Zuzią i dwuletnim maluszkiem, Filipem – przypomina permanentną walkę o przetrwanie. Jesteśmy z mężem normalnymi, ciężko pracującymi ludźmi, ale przy obecnej drożyźnie każdy miesiąc to kalkulacja: czy starczy na buty dla starszaka i na pieluchy dla najmłodszego?

I właśnie w tym najtrudniejszym momencie mojego życia, moi teściowie, Bożena i Stefan, postanowili zafundować nam prawdziwy festiwal upokorzenia. Wyjechali na luksusowe wczasy na greckie Santorini, skąd bez cienia żenady wrzucają do sieci zdjęcia z drogich restauracji i luksusowych rejsów. Uważam, że ich świętym obowiązkiem jest pomóc nam z kredytem, zamiast wydawać ciężkie tysiące na takie głupoty.
Mamy wielki kredyt i codziennie walczymy o przetrwanie
Żebyście dobrze zrozumiały moją wściekłość − nie jesteśmy roszczeniowymi leniami, którzy czekają na gotowe. Oboje z mężem pracujemy ponad siły, bierzemy nadgodziny, a ja każdą wolną chwilę na urlopie wychowawczym dorabiam na drobnych zleceniach w internecie. Kiedy kupowaliśmy nasze trzypokojowe mieszkanie, rata była rozsądna.
Dzisiaj ta kwota zjada ponad połowę naszej wspólnej pensji. Po opłaceniu czynszu, rachunków, przedszkola Zuzi i podstawowych zakupów spożywczych w dyskontach zostajemy z zerem na koncie. Nie pamiętam, kiedy ostatni raz kupiłam sobie coś nowego do ubrania, a jedyną wakacyjną atrakcją dla naszych dzieciaków jest wyjście na osiedlowe lody raz w tygodniu i darmowy plac zabaw pod blokiem.
Żyjemy w ciągłym stresie, od pierwszego do pierwszego, a w nocy nie potrafię zmrużyć oka, zastanawiając się, co zrobimy, jeśli któreś z dzieci nagle zachoruje i trzeba będzie wydać fortunę w aptece. W tym samym czasie rodzice mojego męża żyją jak pączki w maśle. Oboje mają wysokie emerytury, mieszkają w wielkim domu po dziadkach i nie mają na utrzymaniu absolutnie nikogo.
Dlaczego dzisiejsi dziadkowie wolą luksusowe wczasy od pomocy dzieciom?
Mój żal do teściów nie bierze się z zazdrości, ale z kompletnego braku empatii z ich strony. Oni doskonale wiedzą, w jakiej jesteśmy sytuacji. Mąż wielokrotnie, ze schowaną do kieszeni męską ambicją, próbował rozmawiać z ojcem. Prosił o pożyczkę, o czasowe wsparcie w spłacie chociaż kilku rat, żebyśmy mogli stanąć na nogi. Stefan tylko pokiwał głową i uciął temat stwierdzeniem, że oni ciężko pracowali na swoje pieniądze, a my musimy nauczyć się oszczędzać i zacisnąć pasa. Zacisnąć pasa! Przy trójce dzieci, z których każde rośnie jak na drożdżach!
A tydzień później Bożena z dumą ogłosiła na niedzielnym obiedzie, że lecą na Santorini do luksusowego hotelu z basenem, bo tak bardzo potrzebują odpoczynku od polskiej szarzyzny. Dlaczego dzisiejsi dziadkowie wolą luksusowe wczasy od pomocy dzieciom i własnym wnukom? Czy te greckie widoki i owoce morza są ważniejsze niż nasz spokojny sen? Moja teściowa bez przerwy wrzuca na Facebooka zdjęcia w drogich sukienkach z widokiem na słynne błękitne kopuły w Oia, a jej koleżanki piszą w komentarzach, jak wspaniale wygląda. Za te pieniądze, które wydali na ten jeden kaprys, moglibyśmy zamknąć część naszego zadłużenia i na chwilę odetchnąć. To jest dla mnie czysty, bezwzględny egoizm, którego nie potrafię zrozumieć.
Brak wsparcia finansowego od rodziny niszczy nasze relacje
Najgorsze jest to, że ta sytuacja całkowicie niszczy nasze małżeństwo i relacje rodzinne. Mój mąż chodzi wiecznie przybity, bo z jednej strony kocha swoich rodziców, a z drugiej widzi, jak bardzo nas zlekceważyli. Między nami dochodzi do cichych dni, bo ja nie potrafię udawać, że wszystko jest w porządku. Kiedy teściowie wrócą z tej swojej Grecji, przywiozą dzieciakom tanie plastikowe pamiątki wyprodukowane w Chinach i będą oczekiwać zachwytów. A ja mam ochotę po prostu zatrzasnąć przed nimi drzwi i powiedzieć, żeby wracali na swoje Santorini.
Brak wsparcia finansowego od rodziny w tak krytycznym momencie po prostu odbiera mi wiarę w ludzi. Nie oczekuję, że utrzymają nas do końca życia, ale skoro stać ich na balowanie w najdroższych kurortach Europy, to rzucenie koła ratunkowego własnemu synowi i wnukom powinno być dla nich naturalnym odruchem.
Dziewczyny, napiszcie, czy tylko moi teściowie mają tak głęboko w nosie problemy swoich dzieci, czy to po prostu nowa moda wśród zamożnych emerytów, którzy wolą zachodnie wygody od pomocy najbliższym? Bo ja mam dzisiaj po prostu złamane serce i gigantyczne poczucie niesprawiedliwości.
Z poważaniem,
Marta z Łodzi
Napisz do nas: redakcja@mamotoja.pl