Reklama

Moja dobra znajoma Natalia przez ułamek sekundy miała ochotę podejść do obcego dziecka i po prostu je przytulić. Sama jest mamą pięcioletniego Tymonka i wie, jak ważne jest bycie obok, by ukoić wzburzone emocje dziecka.

Chłopiec płakał, a mama powtarzała tylko jedno

Natalia opowiadała mi tę historię wyraźnie poruszona. Jak zawsze poszła z synem na osiedlowy plac zabaw. Dzieci biegały, huśtały się, obrzucały piaskiem.

W pewnym momencie uwagę Natalii zwrócił chłopiec niewiele młodszy od jej synka. Wspinał się po wysokiej linowej konstrukcji. Widać było, że trochę się boi, ale jednocześnie bardzo chce wejść na samą górę. Zrobił jeszcze jeden krok, poślizgnął się i zsunął kilka szczebli w dół. Upadł na kolano i natychmiast wybuchnął płaczem.

To nie był groźny wypadek. Takie sytuacje zdarzają się na każdym placu zabaw. Natalia odruchowo spojrzała na mamę chłopca, przekonana, że za moment podejdzie do syna, otrzepie mu kolana i przytuli go, zanim zachęci do kolejnej próby.

Stało się jednak coś zupełnie innego. Kobieta wyciągnęła telefon.

– No dawaj, jeszcze raz. Tata musi to zobaczyć – powiedziała, stukając w ekran.

Chłopiec płakał i cicho odpowiedział:

– Nie chcę...

Mama nawet nie schowała telefonu.

– Nie przesadzaj. Przecież nic ci nie jest. Wejdź jeszcze raz, bo źle nagrałam.

Najbardziej zabolało ją jedno spojrzenie

Natalia opowiadała mi, że w tamtym momencie zrobiło jej się naprawdę przykro. Chłopiec przez chwilę stał bez ruchu. Pociągał nosem, ocierał łzy brudną z piasku rączką i patrzył na mamę tak, jak dzieci patrzą wtedy, gdy szukają u rodzica poczucia bezpieczeństwa. Zaczął wręcz piszczeć i prosić mamę, żeby przestała.

Tylko że zamiast wyciągniętych ramion zobaczył skierowany w swoją stronę telefon. Po chwili otarł twarz, wszedł z powrotem na drabinkę i próbował jeszcze raz. Nie dlatego, że nagle przestał się bać. Raczej dlatego, że chciał spełnić oczekiwanie mamy.

– Najgorsze było to, że on nawet nie protestował. Wyglądał, jakby uznał, że skoro mama tego chce, to musi spróbować jeszcze raz – powiedziała Natalia.

Nie wie, czy film rzeczywiście trafił później do taty. Nie wie też, czy kobieta chciała po prostu pokazać mężowi, jak dzielny jest ich syn, czy potraktowała nagrywanie jako niewinną pamiątkę. Wie natomiast, co sama zobaczyła: dziecko, które bardziej niż kolejnej próby potrzebowało w tamtej chwili przytulenia.

Czy naprawdę wszystko musi zostać nagrane?

W dzisiejszych czasach nagrywamy niemal wszystko. Pierwsze kroki, pierwszą jazdę na rowerze, występy w przedszkolu, rodzinne wakacje. To piękne pamiątki, do których po latach wraca się z uśmiechem.

Mam jednak wrażenie, że czasem granica zaczyna się niebezpiecznie zacierać. Są chwile, w których dziecko nie potrzebuje świadka z telefonem. Potrzebuje rodzica.

Po upadku nie szuka obiektywu. Szuka twarzy mamy albo taty. Chce usłyszeć, że nic strasznego się nie stało, że może chwilę odpocząć, że płacz nie jest powodem do wstydu. Dopiero kiedy poczuje się bezpiecznie, samo będzie gotowe spróbować jeszcze raz.

Skrupulatne dokumentowanie dzieciństwa zaczyna wygrywać z jego przeżywaniem. Chcemy pokazać bliskim, jak odważne są nasze dzieci, jak szybko zdobywają kolejne umiejętności, jak pięknie radzą sobie z wyzwaniami. Tylko że dla kilkulatka najważniejsze nie jest to, co zobaczy później tata na nagraniu.

Najważniejsze jest to, co on sam zobaczy w oczach mamy tuż po upadku. Właśnie wtedy buduje się zaufanie i właśnie takich chwil dzieci nie zapominają.

Zobacz także:

Dziękujemy, że przeczytałaś/eś nasz artykuł do końca. Bądź na bieżąco! Obserwuj nas w Google.
Reklama
Reklama
Reklama
Loading...