Reklama

Witek nie jest szczególnie przystojny ani zamożny. Pamiętam go jeszcze jako młodego chłopaczka – chudy, w okularach, był przez kolegów wyśmiewany i nazywany ciamajdą.

W domu mu się nie przelewało, bo ojca nie było, a rodzeństwa miał chyba z pięcioro

Jego żona była śliczna i z bogatej rodziny, więc ludzie się dziwili, że go chciała i poszła do ołtarza bez zgody ojca i matki. Młodzi bardzo się kochali, doczekali się gromadki dzieci. Kiedy doszli do siódemki, z Witka zaczęli się ludzie śmiać: że dzieciorób, że do niczego innego się nie nadaje, bo ani auta się nie dorobił, ani nawet telewizora. A 800 plus, a wcześniej 500 plus, pobierał.

Za ten telewizor najbardziej go obgadywali! Mam sklep spożywczy, jedyny w okolicy, więc najlepiej wiem, co się u kogo dzieje. Witkowi się dostawało za tą gromadkę dzieci. „Kto to słyszał, żeby kobieta co roku rodziła, bez odpoczynku...” – ludzie gadali.

Raz nawet na niego sąsiadki napadły u mnie w sklepie. Jak osy rozzłoszczone brzęczały. A niedługo później zdarzył się wypadek. Śliczna żona Witka odeszła, zostawiając pogrążonego w żałobie męża i dzieciaczki.

Wszyscy tych dzieci żałowali, rodzina chciała nawet wziąć do siebie najmłodsze, ale Witek twardo powiedział „nie!”. Uparł się i już, chociaż nawet ksiądz go przekonywał, że może na jakiś czas dzieciom będzie lepiej u krewnych... Przez jakiś czas mieli pomoc, sąsiedzi też zachodzili, ale jak znam ludzi, to bardziej z ciekawości niż ze szczerej chęci niesienia pomocy. Z czasem to zainteresowanie wszystkim przeszło, a sama sprawa spowszedniała i Witek został sam. Wydawał mi się taki samotny...

Przed Wielkanocą przyszedł po zakupy

Był mocno przeziębiony, kaszlał, z nosa mu ciekło jak z kranu.

– Dzieci pozarażasz! – powiedziałam. – Gdzieś się tak załatwił?

– Dzieci już chorują, bo co i rusz które z nich lata porozbierane, jak w upał. Nie upilnujesz!

– Pewnie! Sam z taką gromadą... Jak ty dajesz radę?

– Daję, daję, tylko teraz nie mam jak jechać do apteki. Muszę kogoś poprosić.

– Co będziesz prosił. Daj recepty, jadę do gminy, przy okazji kupię, co trzeba.

W ten sposób zaczęła się moja bliższa znajomość z rodziną Witka.

I moja wielka miłość się zaczęła, pierwsza prawdziwa

Kiedy zaniosłam te leki na przeziębienie, zamurowało mnie! Sam chłop z siódemką dzieciaków, a czysto jak w laboratorium jakimś! Podłogi wyszorowane do białości, pościel krochmalona, ścierki nad kuchnią, jakby prosto z magla. Na białym blacie kuchennym stolnica, a na niej zagnieciony makaron!

Kto dziś sam robi makaron? A Witek robi, bo dzieciaki lubią domowy! Przyglądam się, jak miesza w garnkach. Gotuje codziennie. Zupa jest zawsze; musi być pożywna, najlepiej barszcz, pomidorowa, albo ogórkowa, ta jest ulubiona. Robi dużo surówek, bo zdrowe. Ma książki o żywieniu dzieci.

W ogóle sporo czyta, sam też, ale i bajki dla maluchów. Podobno bez bajki wieczorem nie zasną!

– Kiedy na to znajdujesz czas? – pytam.

– Żadna sprawa – mówi. – Nie mamy telewizora, więc nie tracę ani sekundy na to pudło. Zresztą dzieci bardzo pomagają.

Pytam, czy mogę zobaczyć najmłodsze? Prowadzi do pokoiku, gdzie stoi tapczan i łóżeczko. Ciepło tu jest, miło, kolorowo... Na ścianie fotografia żony Witka. Na stoliku wanienka, pieluchy, zasypki i wszystko, co trzeba niemowlakowi

Malec wygląda jak okaz zdrowia

Jestem w szoku! Serce mi się wyrywa do tego dzieciaczka, chciałabym go wziąć na ręce, ale nie mam odwagi o to poprosić. Więc tylko patrzę, aż oczy mi się robią mokre, a Witek mówi:

– No, nie trzeba płakać. Tutaj było aż za dużo łez. Wystarczy!

Nie mogę zasnąć tej nocy. Co oczy przymknę, to widzę Witka i jego dzieciaki. Grzeczne, skupione przy ojcu, jakby wiedziały, że to on trzyma teraz stery. Mówi cicho i spokojnie, często się uśmiecha, a słuchają, jakby był supermanem jakimś.

Pierwszy raz widzę takiego faceta!

Cały dzień nie mogę się na niczym skupić. Niecierpliwie czekam do zamknięcia sklepu. Pakuję sok malinowy, kawałek kiełbasy, słodycze i lecę do Witka. Jest zdziwiony i niezadowolony z prezentów.

– Sok mamy – mówi. – W ogrodzie pełno malin, więc zrobiłem. Za wędlinę i cukierki dziękuję, ale nie stać mnie.

– Nie bądź głupi – tłumaczę. – To dla dzieciaków. Nie chcę pieniędzy.

– A ja nie chcę łaski!

– Ty nie bądź taki hardy – mówię. – Daj sobie pomóc! To żaden wstyd.

Ale on się upiera. Chce, żebym sobie poszła. Tylko, że ze mną nie tak łatwo!

– Dzieci niewinne, że tak się u was porobiło – mówię. – Jestem sama, mogę wpaść od czasu do czasu i zająć się domem. Co ci szkodzi spróbować?

Pojmuję, że z nim trzeba powoli. Mam plan.

Codziennie przychodzę i pomagam

Z dzieciakami się zaprzyjaźniam, coś przepiorę, poprzyszywam guziki. Witek prawie ze mną nie rozmawia, ale w końcu przyzwyczaja się, że jestem z nimi. Niedawno pozwolił mi wykąpać maluszka. Kiedy go przytuliłam do serca, zrozumiałam, że znalazłam swoje szczęście. Witka kocham i wierzę, że nie jestem mu obojętna. Czasami łapię jego ukradkowe spojrzenie i mam wrażenie, jakby chciał powiedzieć: „potrzebuję więcej czasu”. Czekam. Moja miłość jest cierpliwa.

Danuta, lat 38

Czytaj także:

Dziękujemy, że przeczytałaś/eś nasz artykuł do końca. Bądź na bieżąco! Obserwuj nas w Google.
Reklama
Reklama
Reklama
Loading...