Reklama

Dawid Pałka, przedsiębiorca i ojciec, postanowił wprowadzić w swoim domu system, w którym dzieci mogą zarabiać na określonych aktywnościach. Jak twierdzi, efekt przeszedł jego oczekiwania.

„Zniknęło u nas: tato, dej mi”

Dawid Pałka opisał swój pomysł na Facebooku. Jak tłumaczy, na początku poprzedniego roku szkolnego wprowadził w domu zasady, dzięki którym – jak sam twierdzi – skończyło się proszenie rodziców o pieniądze na kolejne zachcianki.

„Na początku zeszłego roku szkolnego wprowadziłem w domu system, dzięki któremu zniknęło u nas „tato, dej mi”. A dzieci nazwały mnie najlepszym ojcem na świecie...” – napisał. Jego zasada jest prosta: pieniądze nie są tematem tabu, ale na przyjemności trzeba sobie zapracować. Dlatego dzieci dostały konkretne możliwości zarabiania.

Podstawą jest kieszonkowe w wysokości 100 zł miesięcznie. Autor zaznacza jednak, że ta kwota z założenia ma być niewystarczająca na potrzeby dzieci, tak by zachęcić je do zarabiania. Dzieci mogą zarobić m.in. 50 zł za każde 20 kilometrów spacerów, kolejne 50 zł za każde pięć piątek zdobytych w szkole oraz 50 zł za każde przepracowane pięć godzin.

Na tym system się nie kończy. W rodzinie obowiązuje również czytanie 10 stron dziennie. Za dodatkowe pięć stron dziecko może otrzymać 10 minut grania na konsoli, ale czas ten można wykorzystać wyłącznie w weekend.

Jeśli dziecko zdecyduje się zainwestować własne pieniądze, ojciec dokłada do inwestycji drugie tyle, ale w zamian otrzymuje 30 proc. zysku. Warunki całego systemu można natomiast renegocjować raz w roku – pod warunkiem przedstawienia rzeczowych argumentów.

„Jakie są Wasze reguły, które budują w dzieciach właściwe postawy życiowe?” – zapytał na koniec. Pod postem, co zrozumiałe, pojawiło się ponad tysiąc komentarzy.

„Wszystko zostało zmontowane”

Nie wszystkim rodzicom pomysł przypadł do gustu. Najwięcej emocji wzbudziło to, że pieniądze pojawiają się niemal przy każdej aktywności – również takiej, która zwykle powinna być dla dziecka naturalną częścią życia.

„Przeliczanie wszystkiego na pieniądze, straszne...” – oceniła jedna z osób.

Kolejna zwróciła uwagę przede wszystkim na nagradzanie za oceny i czas ekranowy.

„Płacenie za oceny to nie jest chyba najlepszy pomysł, a płacenie czasem ekranowym to już ekstremalnie zły pomysł. Niestety. Dobrymi chęciami to jest piekło wybrukowane” – napisała.

Jeszcze mocniej zabrzmiał komentarz osoby, która zakwestionowała samą ideę wynagradzania dzieci za czynności mające rozwijać je niezależnie od pieniędzy.

„Okropny system. Wszystko, co powinno być wewnętrzną potrzebą tudzież przyjemnością dziecka, zostało zmontowane. Obowiązek czytania? Serio. A jak to się stało, że dzieci w tym wieku nie mają takiego rytuału w standardzie? Czytają, uczą się za pieniądze, a nie dla rozwoju, zdobycia wiedzy” – stwierdziła.

To właśnie kwestia motywacji pojawiała się w komentarzach najczęściej. Czy dziecko, które dostaje pieniądze za przeczytanie książki, rzeczywiście uczy się systematyczności, czy raczej zaczyna kojarzyć czytanie wyłącznie z nagrodą?

Pieniądze za obowiązki uczą życia czy tworzą transakcyjną relację?

Niektórzy komentujący dostrzegli w pomyśle również zalety. Ich zdaniem dzieci mogą dzięki temu wcześniej zrozumieć, że pieniądze nie biorą się znikąd, a osiągnięcie celu wymaga wysiłku.

„Dla mnie bomba pomysł. Tak właśnie uczymy się dzieci „życia”, ale teraz rodzice wolą dać dziecku telefon i komputer i niech sobie na nich siedzi i dupy nie zawraca. Później piszą komentarze: „jaka to ta młodzież jest zepsuta teraz”, ale kto ich tego nauczył?” – napisała jedna z osób.

To ważny argument. Dziecko może przecież dzięki takiemu systemowi zobaczyć, jak działa praca, oszczędzanie, inwestowanie czy odraczanie przyjemności. Zamiast po prostu prosić o kolejną rzecz, zaczyna zastanawiać się, ile kosztuje i co musi zrobić, żeby ją kupić. Ale pojawia się też druga strona medalu.

„Ma to swoje plusy, ale ma też poważne minusy, jak transakcyjne relacje i przede wszystkim brak wewnętrznej motywacji do wykonania czegoś. Przykładowo, powodem do wyniesienia śmieci powinno być wspólne dbanie o porządek, a nie sianko” – zauważył kolejny komentujący.

Zewnętrzna kontra wewnętrzna motywacja

Nie każda rzecz, którą dziecko robi, musi być przecież nagradzana. Są czynności, które wykonujemy dlatego, że jesteśmy częścią rodziny. Są też takie, które przynoszą satysfakcję same w sobie albo po prostu sprawiają nam przyjemność.

Z drugiej strony trudno odmówić rodzicom prawa do uczenia dzieci zarządzania pieniędzmi dokładnie w taki sposób, jaki uważają za najlepszy. Jeśli system jest przejrzysty, zasady są znane wszystkim, a dziecko rozumie, że nie każda jego aktywność ma cenę, może być dla niego praktyczną lekcją finansów.

Problem zaczyna się wtedy, gdy pieniądze stają się jedyną odpowiedzią na pytanie: „Po co mam to robić?”. Bo jeśli dziecko czyta wyłącznie dlatego, że dostanie za to nagrodę, może po pewnym czasie przestać czytać, gdy nagrody zabraknie.

Dlatego być może najważniejsza nie jest sama kwota ani liczba zasad, lecz sposób, w jaki rodzice tłumaczą dzieciom sens wykonywanych czynności. Uczenie finansów, oszczędzania i odpowiedzialności jest przecież potrzebne. Tak samo jak uczenie współpracy, samodzielności i tego, że nie wszystko w życiu robimy dla nagrody.

System Dawida Pałki z pewnością nie jest rozwiązaniem dla każdej rodziny. Ale wywołana przez niego dyskusja pokazuje coś istotnego: współcześni rodzice coraz częściej zastanawiają się nie tylko nad tym, czego uczyć dzieci, ale także jak przygotować je do dorosłego życia.

Zobacz także: Zaoferowała nastolatkom z osiedla 50 zł za skoszenie trawnika. Ich reakcja? „Śmiali mi się w twarz. Rośnie pokolenie gniazdowników”

Dziękujemy, że przeczytałaś/eś nasz artykuł do końca. Bądź na bieżąco! Obserwuj nas w Google.
Reklama
Reklama
Reklama
Loading...