Siedzę w kawiarni, patrzę na parę przy stoliku obok i widzę w ich oczach to doskonale mi znane skrajne wyczerpanie. On nerwowo wyciera ze stołu rozlany mus owocowy, ona próbuje utrzymać na kolanach wijącego się roczniaka, jednocześnie ukradkiem sprawdzając coś w telefonie. Natychmiast wyczuwam te emocje. To nie jest zwykłe zmęczenie po nieprzespanej nocy. To jest ten moment, kiedy rzeczywistość bezlitośnie weryfikuje wszystkie wcześniejsze, wyidealizowane plany o sielankowym rodzicielstwie.

WIDEO…

player placeholder

Macierzyństwo bez filtra, czyli kiedy miłość miesza się ze skrajnym wycieńczeniem

Właśnie na taki uderzająco szczery i bolesny w swojej autentyczności wpis natknęłam się ostatnio na jednej z popularnych grup parentingowych „Mamy mamom” na Facebooku. Autorka postu, 33-letnia mama rocznego chłopca, dotknęła tematu, który wciąż w wielu kręgach uchodzi za tabu: absolutnego wypalenia i lęku przed powiększeniem rodziny, gdy już przy jednym dziecku ledwo starcza sił na oddech.

„Mamy z mężem po 33 lata i jedno dziecko, które niedawno skończyło rok. Jesteśmy w nim zakochani, był planowany i chciany. Jednak przerasta nas opieka nad jednym dzieckiem” − zaczyna swoją opowieść kobieta, a ja od razu czuję, jak mocno te słowa rezonują z setkami tysięcy innych matek. Para, mimo początkowych założeń o domowej opiece do trzeciego roku życia, musiała oddać synka do żłobka ze względu na obowiązki zawodowe. Mogłoby się wydawać, że kilka godzin wolnego to zbawienie. Nic bardziej mylnego.

Zobacz także:

„Od rana jesteśmy już wypompowani, gdy tylko odprowadzimy go do żłobka. Jest tam kilka godzin, my mamy czas na pracę i ogarnięcie domu. Chwilę po odebraniu go padamy na twarz. Rozszerzanie diety, proszenie, żeby zjadł, sprzątanie po jedzeniu (jedzenie wszędzie), zabawianie go, gdy ostatnio często płacze, marudzi i ciągle chce być na rękach, drenuje nas. Chcieliśmy mieć drugie dziecko, ale obawiamy się że już do reszty się wykończymy...” − wyznaje szczerze autorka. W jej słowach kryje się potężny ładunek emocjonalny i dramatyczne pytanie o przyszłość: bardzo chcieli mieć drugie dziecko, ale teraz paraliżuje ich strach, że kolejna ciąża i niemowlę wykończą ich psychicznie i fizycznie.

Czy z nami jest coś nie tak? Presja idealnego rodzicielstwa w internecie

Czytając ten wpis, czułam, jak wzbiera we mnie fala empatii, ale też głębokiego smutku nad tym, jak bardzo współcześni rodzice zostali uwięzieni w pułapce perfekcjonizmu. Autorka pyta zrozpaczona: „Czy to z nami coś jest nie tak, czy tak jest z dziećmi? Inni ogarniają życie, czy ukrywają, że nie ogarniają i wszystko wygląda z zewnątrz ok? Help!”. To wołanie o pomoc pokazuje, jak destrukcyjne bywa porównywanie się do wygładzonych kadrów z Instagrama, gdzie uśmiechnięte matki w białych sukienkach pieką ciasteczka z niemalże bezproblemowymi maluchami.

Pod postem natychmiast rozgorzała dyskusja, odzwierciedlająca całe spektrum polskiego podejścia do macierzyństwa − od głębokiego, siostrzanego wsparcia, aż po bezwzględny, raniący hejt.

Wiele kobiet natychmiast ruszyło z pomocą, dzieląc się własnym, nieidealnym życiem i próbując zdjąć z autorki poczucie winy. „Nie hejtujcie autorki, ma prawo być jej ciężko. Nie każda to urodzona matka polka” − napisała jedna z internautek, dodając otuchy: „Autorko postu: tak wygląda macierzyństwo. Ja byłam w większości sama w domu z jednym dzieckiem do 4,5 roku życia i z drugim dzieckiem do roku. Łatwo nie było. Czasem miałam ochotę zadzwonić do psychiatryka, żeby mnie zabrali. Jest masa pracy, która nigdy się nie kończy. Oprócz tego jest śmiech dziecka i przytulasy. Dużo siły”.

Ta wypowiedź to czysta, rodzicielska prawda − bez lukru, bez ściemy, pokazująca, że skrajne emocje, w tym bezsilność, są stałym elementem tej drogi i wcale nie świadczą o braku miłości do syna czy córki.

Głosy krytyki i licytacja na nieszczęścia, czyli ciemna strona internetowych dyskusji

Niestety, polska sieć to nie tylko miłe głaskanie po głowie, a obok empatii pojawiły się komentarze pełne jadu, oceniania i stawiania się w roli moralnych arbitrów. Część komentujących postanowiła wbić autorce szpilę, zarzucając jej egoizm i nieudolność życiową. „Zdecydowanie z Wami jest coś nie tak. Owszem, bycie rodzicem jest wyczerpujące, ale nie do tego stopnia. Za długo zwlekaliście, przywykliście do wygodnego życia i teraz jest Wam ciężko. Poprzestańcie na jednym, nie dla Waszego, ale dla dobra dziecka, które macie i tych, których już mieć nie będziecie” − grzmiała jedna z osób.

Tego typu narracja, obwiniająca wiek rodziców i rzekome „wygodne życie”, jest niezwykle krzywdząca. Przecież zmęczenie roczniakiem, który przechodzi skoki rozwojowe, ząbkuje i testuje granice przy jedzeniu, dotyka tak samo dwudziestolatków, jak i trzydziestolatków.

Pojawił się również klasyczny w takich debatach motyw licytowania się na trudniejsze doświadczenia oraz wywoływania poczucia winy poprzez odwoływanie się do tragedii innych. „Ludzie, opamiętajcie się! Macie zdrowe, wesołe, upragnione dziecko, a robicie dramat z tego, że rozrzuca jedzenie i chce na ręce. Jak można tak strasznie narzekać na własne siły przy zdrowym maluchu? Pomyślcie o rodzicach dzieci ciężko chorych, którzy w szpitalach walczą o ich życie − oni oddaliby wszystko za takie 'problemy'. Zamiast publicznie żalić się w internecie, zacznijcie doceniać to, co macie, i cieszcie się, że wasze dziecko jest zdrowe. Trochę pokory i wdzięczności!” − pouczała kolejna internautka.

W podobnym tonie, choć znacznie łagodniej i z próbą pocieszenia, wypowiedziała się wielodzietna mama: „Jak Cię pocieszę, porównaj się do mnie. Sześcioro dzieci, najmłodsze 9 miesięcy, 2 i 3 lata. Odpowiedź brzmi: nie dąż do bycia idealną, bo Ci to wcale nie potrzebne. Dostrzegaj, jakie masz szczęście, że zbierasz resztki po jedzeniu, a nie szukasz 9 milionów na lek ratujący życie potomstwa. Tylko i aż tyle. Wspieram”.

Choć intencje tej ostatniej mogły być dobre, to stawianie znaku równości między brakiem prawa do zmęczenia a posiadaniem zdrowego dziecka jest pułapką. Czy fakt, że ktoś ma gorzej, oznacza, że my nie możemy czuć fizycznego i psychicznego wyczerpania? Absolutnie nie. Każdy ma swój własny próg wytrzymałości, a ignorowanie własnego zmęczenia to najkrótsza droga do wypalenia rodzicielskiego, które zbiera coraz większe żniwo.

Głośne mówienie o kryzysach nie jest brakiem wdzięczności − jest wentylem bezpieczeństwa, który ratuje nas przed szaleństwem. Wszystkie jesteśmy w tej samej łodzi i zamiast oceniać, powinnyśmy podać sobie rękę.

Zobacz też: Koleżanki odtrąciły jej córkę, więc im odpłaciła pięknym za nadobne. „Niech smarkule wiedzą, gdzie ich miejsce”