Dziadkowie uwielbiają ten dziwny komunijny zwyczaj. „Teściowa mentalnie została w PRL”
Pierścionek, kolczyki, bransoletka, a może nawet sztabka złota. Gdy moja córka przystąpiła w tym roku do pierwszej komunii świętej, szybko zrozumiałam, że dla wielu dziadków to już nie jest rodzinne święto, tylko pokaz inwestycji. Najbardziej szokujące było jednak to, z jaką dumą starsze pokolenie mówiło o złocie dla dziecka. Jakbyśmy żyli w czasach kryzysu, kartek i chowania oszczędności w skarpecie.

„To na czarną godzinę” – usłyszałam od teściowej chyba z dziesięć razy. I wtedy dotarło do mnie, że ona mentalnie naprawdę została w PRL.
„Złoto zawsze ma wartość” – czyli komunijna mentalność sprzed 40 lat
Moja córka ma dziewięć lat. Interesuje ją rysowanie, taniec i książki o zwierzętach. Nie marzy o złotym łańcuszku ważącym pół kilo ani o biżuterii, którą ma „schować do sejfu”. A mimo to od miesięcy słyszałam od dziadków, że „na komunię powinno się dać coś porządnego”. Czyli najlepiej złoto.
Dla starszego pokolenia to niemal świętość. Bo złoto „nie traci wartości”, „zawsze można sprzedać”, „to zabezpieczenie”. Problem w tym, że za tym myśleniem stoi cały bagaż doświadczeń z PRL-u: brak stabilności, strach przed biedą, nieufność wobec państwa i banków. Wtedy rzeczywiście ludzie kupowali złoto albo biżuterię, bo to było coś pewnego. Coś, co można było schować i mieć „na wszelki wypadek”.
Tylko że dziś mamy 2026 rok, a nie 1983. Naprawdę nie chcę, żeby pierwsza komunia mojego dziecka zamieniała się w lekcję panicznego gromadzenia kosztowności.
Dzieci dostają złoto, a potem nawet go nie noszą
Najbardziej absurdalne jest to, że większość tych komunijnych prezentów trafia później do pudełka i leży tam latami. Moja córka po przyjęciu zdjęła część biżuterii praktycznie od razu, bo była dla niej niewygodna. I trudno się dziwić. Dziewięciolatka nie potrzebuje złotego kompletu wartego kilka tysięcy złotych.
Ale spróbujcie powiedzieć to dziadkom.
Gdy zasugerowałam, że może lepszym pomysłem byłby wspólny wyjazd albo prezent związany z zainteresowaniami wnuczki, spotkałam się z autentycznym oburzeniem. Bo przecież „co to za pamiątka?”. Dla nich prawdziwa wartość komunii nadal jest liczona w gramach złota.
Mam wrażenie, że część starszego pokolenia traktuje komunię jak ostatni bastion dawnego myślenia o statusie. Im cięższy łańcuszek, tym większy prestiż. Im droższy prezent, tym większa duma rodziny. Tylko że dzieci kompletnie tego nie odczuwają w ten sposób.
„Na czarną godzinę” – tylko dlaczego dziecko ma żyć w lęku?
Najbardziej drażni mnie jednak ten tekst o „czarnej godzinie”. Słyszałam go od kilku osób i za każdym razem miałam ciarki. Dlaczego dziewięcioletnie dziecko już na starcie ma dostawać przekaz, że trzeba gromadzić kosztowności, bo kiedyś może być dramat?
To jest właśnie mentalność niedoboru, która została wielu osobom po PRL-u. Wieczny lęk, że wszystko może runąć. Że trzeba chomikować, odkładać, zabezpieczać się na katastrofę. Rozumiem, skąd to się wzięło. Naprawdę. Ale nie chcę przerzucać tego sposobu myślenia na moje dzieci.
Komunia miała być przeżyciem duchowym i rodzinnym. Tymczasem coraz częściej przypomina targ luksusowych prezentów i pokaz tego, kto dał więcej. A złoto stało się symbolem tego starego myślenia: „kup coś drogiego, żeby było na wszelki wypadek”.
Szkoda tylko, że w tym wszystkim kompletnie gubi się dziecko.
Zobacz także: