Reklama

Jeszcze kilka lat temu śmiałam się z rodziców, którzy robili komunie jak wesela. Naprawdę myślałam, że można to zrobić skromnie, bez tego całego przepychu. Potem, jakieś dwa lata temu, zaczęły się przygotowania do tegorocznej komunii mojego syna i szybko zrozumiałam, że albo organizujesz dziecku „porządną” komunię, albo wszyscy będą gadać.

Najpierw wynajem sali. Potem obiad dla rodziny, bo przecież w domu już „nie wypada”. Cena za talerzyk to nawet 250 zł. Do tego tort, dekoracje, fotograf, fryzjer, garnitur dla syna, sukienka dla mnie, nowe buty dla męża. Chrzestni też oczekują odpowiedniej oprawy. Nagle się okazało, że każdy drobiazg kosztuje kilkaset złotych.

Najbardziej denerwowało mnie to, że wszyscy powtarzali jedno zdanie: „To tylko raz w życiu”. No właśnie. Raz w życiu, więc człowiek robi wszystko, żeby dziecko nie czuło się gorsze od innych.

Mój syn wracał ze szkoły i opowiadał, kto będzie miał fotobudkę, kto zamówił limuzynę, a kto daje gościom personalizowane prezenty. Ja naprawdę nie chciałam w tym uczestniczyć, ale presja jest ogromna. Szczególnie kiedy dziecko patrzy na ciebie i pyta: „A u mnie też będzie fajnie?”.

„Dostał kilka tysięcy i uważał, że wszystko jest jego”

Po komunii przyszło liczenie kopert. Nie ukrywam – byłam w szoku. Część rodziny dawała po tysiąc złotych, inni mniej, ale finalnie uzbierała się naprawdę duża kwota. Wtedy zaczęło się coś, co mnie kompletnie przeraziło.

Mój 10-letni syn nagle zaczął zachowywać się tak, jakby wygrał na loterii. Już następnego dnia siedział z telefonem i oglądał quady, konsole, drogie sneakersy i nowy komputer, chociaż dostał od chrzestnych laptopa. Powiedział nawet, że „wreszcie kupi sobie coś porządnego bez pytania rodziców”.

Przepraszam bardzo, ale od kiedy 10-latek ma decydować o kilku tysiącach złotych?

Powiedziałam jasno: te pieniądze nie zostaną wydane na głupoty. To zwrot za to, że zorganizowaliśmy mu z mężem wypasione przyjęcie. Może przeznaczymy je na jakieś fajne wakacje all inclusive w Turcji.

Tak, potraktowałam to jako chociaż częściowy zwrot kosztów komunii.

„Rodzice udają świętych, a potem pożyczają na komunię”

Najbardziej bawi mnie oburzenie ludzi w internecie. W komentarzach wszyscy są idealni. Piszą, że „dziecku nie wolno zabierać ani złotówki”. Ciekawe tylko, ilu z nich spłaca potem kredyt za komunię przez kolejne miesiące.

Mam znajomą, która pożyczyła pieniądze, żeby zrobić przyjęcie dla 40 osób, bo bała się opinii rodziny. Inna brała dodatkowe zmiany w pracy, żeby opłacić restaurację. Ale publicznie nikt o tym nie mówi, bo lepiej udawać, że komunia to wyłącznie duchowe przeżycie.

Tylko że prawda wygląda dziś zupełnie inaczej. Komunie dawno przestały być skromnymi uroczystościami. To rodzinne widowiska, w których wszystko musi wyglądać idealnie. A koszty? Spadają oczywiście na rodziców.

Nie zabrałam synowi tych pieniędzy dlatego, że jestem pazerną matką. Po prostu uważam, że dziecko w tym wieku nie potrzebuje kilku tysięcy złotych do wydania na zachcianki. A skoro ja wyłożyłam ogromne pieniądze na organizację całego wydarzenia, to mam prawo odzyskać chociaż część.

I wiem jedno – mnóstwo rodziców robi dokładnie to samo. Tylko mało kto ma odwagę powiedzieć to głośno.

Zobacz także:

Dziękujemy, że przeczytałaś/eś nasz artykuł do końca. Bądź na bieżąco! Obserwuj nas w Google.
Reklama
Reklama
Reklama
Loading...