Reklama

Do naszej redakcji napisała pani Marlena, która od kilkunastu lat pracuje jako nauczycielka nauczania początkowego oraz opiekunka świetlicy w jednej z warszawskich szkół podstawowych. Kobieta postanowiła podzielić się bardzo szczerymi, a dla wielu osób zapewne bolesnymi obserwacjami, jakie zbiera od pierwszych dni tego roku szkolnego, pomagając najmłodszym uczniom przygotować się do zajęć. Autorka listu twierdzi wprost, że wystarczy zaledwie krótki rzut oka na zawartość przydzielonych dzieciom szafek, by bezbłędnie ocenić, która mama i który tata kompletnie nie ogarniają podstawowych obowiązków.

W jej wiadomości pada wiele mocnych słów, w tym potoczne i dosadne stwierdzenie, że niektóre zaniedbania to po prostu ogromny wstyd dla dorosłych, którzy fundują swoim pociechom logistyczny koszmar na szkolnym korytarzu. Pani Marlena napisała wprost: „Od pierwszego dzwonka od razu widać, który rodzic nie ogarnia podstaw, to po prostu wstyd na całą szkołę”.

Jako redakcja uważamy, że to wyznanie − choć momentami surowe i pozbawione taryfy ulgowej − dotyka bardzo ważnego problemu, o którym w dzisiejszych czasach rzadko mówi się głośno ze strachu przed oceną. To idealny moment, by bez zbędnego patosu przyjrzeć się temu, jak nasz wieczny brak czasu wpływa na to, jak dzieci radzą sobie wśród rówieśników, zanim w ogóle wejdą do sali lekcyjnej.

Szafka pełna chaosu już we wrześniu. Jak ubraniowe zaniedbania niszczą samodzielność dziecka

Pani Marlena w swoim liście bardzo szczegółowo punktuje grzechy rodziców, które codziennie widzi na najniższym poziomie szkolnego budynku. Autorka listu pisze, że najgorszy typ rodzica to ten, który traktuje szkolny boks jak darmowy śmietnik i składowisko rzeczy przypadkowych. Nauczycielka przytacza sytuację, gdy w szafce jednego z siedmiolatków już w pierwszym tygodniu nauki zastała potworny bałagan, w którym czyste rzeczy mieszały się z brudnymi. Pani Marlena wspomina:

„Rodzice kupują najdroższe gadżety i ciuchy znanych marek, a zapominają o podpisaniu worków czy regularnym sprawdzaniu, czy ubranie na zmianę w ogóle pasuje na dziecko”.

W liście czytamy, że ten widok był potwornie smutny, bo małe dzieci od pierwszych dni muszą biegać w obuwiu, które je pije i obciera, bo mama czy tata przez całe wakacje nie znaleźli czasu, by sprawdzić stan garderoby pociechy. Jak podkreśla autorka listu: „Zaniedbana odzież i chaos w szafce to często bezwzględny wyznacznik zaangażowania rodziców”. Taka sytuacja zmusza nauczycieli do robienia za darmową służbę i naprawiania błędów dorosłych, którzy rzucają dziecko na głęboką wodę bez podstawowego przygotowania.

Totalna bezradność przy sznurówkach. Kiedy wygoda dorosłych blokuje pierwszaka

Kolejnym, niezwykle ważnym punktem relacji doświadczonej nauczycielki jest temat kompletnego niedopasowania odzieży do realnych umiejętności manualnych dziecka w wieku wczesnoszkolnym. Autorka listu opisuje sytuację, gdy rodzice, chcąc kupić dzieciom najmodniejsze, markowe ciuchy z internetu, zamawiają im buty ze sztywnymi sznurówkami czy kurtki z zacinającymi się metalowymi guzikami. Pani Marlena pisze z żalem:

„W przedszkolu i w domu rodzice wyręczają malucha we wszystkim dla świętego spokoju, a potem we wrześniu te dzieci stoją w szatni i płaczą, bo nie potrafią samodzielnie zawiązać supełka. Inna sprawa, że te dzieci już w szkole powinny umieć się obsłużyć”.

Pani Marlena przytacza fragmenty swoich rozmów z zapłakanymi pierwszakami, które stoją przed wyjściem na plac zabaw i bezradnie walczą z garderobą, podczas gdy reszta klasy już bawi się na dworze. Wychowawczyni pyta wprost w swoim liście, dlaczego rodzice są tak bezmyślni i nie potrafią postawić na proste rzepy czy elastyczne gumki, skoro wiedzą, że ich dziecko nie ma jeszcze opanowanych tych umiejętności. Pisze, że takie postępowanie to jawne lenistwo dorosłych, za które dzieci płacą gigantycznym stresem i poczuciem, że są gorsze od rówieśników.

Czego naprawdę uczy nas szkolny korytarz? Apel o odrobinę odpowiedzialności na nowy rok

Na koniec swojego listu pani Marlena kieruje bardzo mocny, pełen emocji apel do wszystkich współczesnych mam i ojców, którzy właśnie wysłali swoje pociechy do szkół. Nauczycielka prosi, byśmy chociaż raz w tygodniu zrobili solidny przegląd zawartości szkolnego boksu, wyprali brudny strój na gimnastykę i sprawdzili, czy dziecko nie potrzebuje pomocy przy pakowaniu plecaka. Wyznaje, że dziecko, które przychodzi w niedopasowanych kapciach lub bez kurtki w deszczowy dzień, czuje się potwornie upokorzone i odrzucone przez grupę, a winę za ten stan rzeczy ponosi wyłącznie dorosły.

Wychowanie zaradnego i pewnego siebie człowieka nie wymaga od nas wydawania fortuny na markowe akcesoria, ale podarowania mu czasu, mądrego wsparcia i nauczenia go podstawowych czynności życiowych. W swoim podsumowaniu pani Marlena zaznacza bardzo ważną rzecz:

„Prośba o porządek w szafce i dopasowane buty to nie jest czepialstwo nauczycieli, ale elementarny szacunek do własnego dziecka. Czas wyciągnąć wnioski z tej szatniowej lekcji na początku września i zrozumieć, że nasze dzieci mają pełne prawo czuć się w szkole bezpiecznie, czysto i komfortowo każdego dnia, a to zależy głównie od nas samych”.

Zobacz też: Po urlopie na kempingu wiem jedno, ci młodzi przepadną w dorosłości. Scena na pomoście nie zostawia żadnych złudzeń

Dziękujemy, że przeczytałaś/eś nasz artykuł do końca. Bądź na bieżąco! Obserwuj nas w Google.
Reklama
Reklama
Reklama
Loading...