„Co to za wymysł, żeby w 1 klasie pisać sprawdziany i dyktanda na oceny. Dziecko już nienawidzi szkoły”
Nigdy nie przypuszczałam, że już w pierwszym roku nauki będę musiała wyciągać mojego siedmioletniego syna z łóżka siłą, bo tak bardzo boi się kolejnego „testu”. To, co dzieje się w szkole mojego dziecka, to nie jest nauka czytania i pisania, to brutalny trening odporności psychicznej, na który on nie jest gotowy.

Droga Redakcjo. Czuję się kompletnie bezsilna, a serce mi pęka, gdy patrzę na mojego synka, Antosia. Pamiętam wrzesień − ten dumny uśmiech, nowy plecak, radość z tego, że jest już dużym uczniem. Ta duma nie trwała długo. Potem zaczęła się prawdziwa szkoła, która zamiast być przygodą, stała się dla nas koszmarem.
Nie rozumiem, co to za wymysł, żeby w pierwszej klasie, kiedy dzieci jeszcze dobrze nie trzymają ołówka w ręku, wprowadzać sprawdziany, kartkówki i dyktanda na oceny. Moje dziecko już nienawidzi szkoły, a my mamy przed sobą jeszcze długie lata nauki. Jak on ma to przetrwać, skoro na starcie podcięto mu skrzydła?
System punktowy, czyli ukryte oceny w pierwszej klasie
Pani nauczycielka twierdzi, że przecież ocen nie ma, bo zgodnie z przepisami w klasach 1-3 obowiązuje ocena opisowa. Ale to tylko teoria, bo w praktyce mamy system punktowy, który jest jeszcze bardziej bezlitosny. Antoś wraca do domu i płacze, bo dostał tylko dwa punkty na pięć, co w oczach dzieci i rodziców jest po prostu dwóją. Na każdej pracy klasowej widnieje punktacja, która tworzy wśród tych siedmiolatków chorą rywalizację. One w szatni nie rozmawiają o tym, w co się bawić, tylko kto miał ile punktów z dyktanda.
Zamiast chwalić za postępy, pani wytyka każdy błąd na czerwono. Antoś stara się, poci się nad tymi literkami, ale wystarczy, że wyjedzie poza linię albo pomyli „l” z „t” i już punkty lecą w dół. To jest dla niego sygnał: „Jesteś słaby, nie umiesz”. Jak takie małe dziecko ma zrozumieć, że błędy są częścią nauki, skoro każda pomyłka kończy się słabym wynikiem ogłoszonym przy całej klasie? Ten system punktowy to po prostu sprytny sposób na obejście zakazu wystawiania ocen, który niszczy w dzieciach naturalną ciekawość świata.
Dyktanda i sprawdziany ponad siły siedmiolatka
Najgorsze są dyktanda. Przecież dzieci dopiero co poznały litery! A tu pani dyktuje całe zdania, pilnuje interpunkcji i ortografii, której one jeszcze nie miały szansy przyswoić. Antoś przychodzi do domu i mówi: „Mamo, ja jestem głupi, bo nie wiedziałem, gdzie postawić kropkę”. Serce mi się kraje. Sprawdziany z matematyki też są na czas − trzeba szybko liczyć, bo inaczej nie zdążysz i znów dostaniesz mało punktów. Moje dziecko w wieku siedmiu lat żyje w ciągłym stresie, że nie zdąży, że zapomni, że zawiedzie panią albo mnie.
Widzę, jak zmienia się jego charakter. Z radosnego chłopca, który uwielbiał, gdy czytałam mu bajki, stał się dzieckiem, które na widok książki reaguje agresją albo płaczem. Nauka czytania w domu to teraz walka o każdą minutę. On kojarzy literki z porażką, ze stresem pod tablicą, z tą nieszczęsnym czerwonym długopisem nauczycielki. Przecież pierwsza klasa miała być oswajaniem się ze szkołą, budowaniem relacji, nauką przez zabawę. Tymczasem mamy tam mały wyścig szczurów, gdzie liczy się tylko wynik, a nie to, czy dziecko jest szczęśliwe i czy faktycznie coś zrozumiało.
Czy surowość nauczyciela to dobra metoda na start?
Nauczycielka Antosia uważa, że trzeba ich krótko trzymać od początku, bo inaczej sobie nie poradzą w starszych klasach. Ja się z tym zupełnie nie zgadzam. Czy naprawdę musimy tresować dzieci od siódmego roku życia, żeby były gotowe na egzaminy za osiem lat? Gdzie w tym wszystkim jest czas na bycie dzieckiem? Antoś wieczorami nie może zasnąć, bo pyta, czy jutro będzie kartkówka z pisania. To nie jest normalne. Szkoła powinna wspierać, dawać skrzydła, zachęcać do próbowania, a nie karać za to, że ktoś się potyka.
Piszę to, bo jestem przerażona wizją kolejnych miesięcy. Jeśli teraz, na samym początku szkoły, on czuje taką niechęć, to co będzie w czwartej klasie? W liceum? Jako rodzice jesteśmy zagonieni, chcemy dla dzieci jak najlepiej, opłacamy komitety, kupujemy wyprawki, a potem patrzymy, jak system miażdży ich pewność siebie. Chciałabym, żeby szkoła była miejscem bezpiecznym, a nie poligonem doświadczalnym, gdzie siedmiolatek musi walczyć o punkty, żeby poczuć się wartościowy. Czy naprawdę tak to musi wyglądać? Czy nie możemy pozwolić im po prostu uczyć się we własnym tempie, bez tego batoga w postaci sprawdzianów i dyktand?
Katarzyna
Napisz do nas: redakcja@mamotoja.pl
Zobacz też: 5 kreskówek, które wyglądają jak niewinne bajeczki. Pod żadnym pozorem nie puszczaj ich dziecku