Matka załamana rekrutacją do szkoły. „Nasza rejonówka to moloch, nie puszczę tam dziecka”
Nasza szkoła rejonowa, do której przypisano nas automatycznie z racji adresu, to gigantyczny, przepełniony moloch na nowym osiedlu, gdzie dzieci uczą się dosłownie na zmiany, a na korytarzach panuje wieczny szum i chaos. Walczyłam do samego końca, składałam dokumenty do małej, kameralnej placówki w sąsiedniej dzielnicy, wierząc, że uda nam się uciec przed tym systemowym koszmarem.

Moje dziecko jest ciche, potrzebuje spokoju i indywidualnego podejścia, a ta rejonowa fabryka zepsuje jego wrażliwość i zostawi po sobie tylko lęk przed światem. Nie puszczę tam mojego dziecka, nawet jeśli będę musiała rzucić pracę i uczyć go sama w kuchni, bo moim obowiązkiem jako matki jest chronić go przed przepełnionymi klasami i hałasem, który przekracza wszelkie normy.
Rekrutacja do szkoły podstawowej. Matka: „To moja porażka”
Przez ostatnie miesiące żyłam nadzieją, że uda nam się zdobyć upragnione miejsce w małej szkole poza naszym obwodem, gdzie w klasach jest po piętnaście osób, a nauczyciele znają wszystkich uczniów z imienia. Niestety, rekrutacja dla dzieci spoza rejonu okazała się czystą fikcją i bezduszną licytacją na punkty za rzeczy, na które nie mam żadnego wpływu, jak zatrudnienie w konkretnej gminie czy podatki. Dziś rano zobaczyłam w systemie czerwony komunikat o niezakwalifikowaniu i poczułam, jak krew odpływa mi z twarzy.
Zostałam postawiona pod ścianą i czuję, że państwo polskie traktuje pracujących rodziców jak pionki, ignorując realne potrzeby i dobrostan psychiczny najmłodszych uczniów. Co z tego, że ciężko pracuję i płacę wysokie podatki, skoro w zamian system bezwzględnie zmusza mnie do posłania syna do szkoły, której panicznie się boję? Ta odmowa to dla mnie osobista porażka, bo jako matka powinnam zapewnić dziecku najlepsze warunki, a zostałam pokonana przez sztywne urzędowe tabele i brak wolnych miejsc na listach rezerwowych.
Szkolny moloch z rejonu to kołchoz na trzy zmiany
Szkoła obwodowa, do której teraz musimy pójść, przeraża mnie swoją skalą, bo na naszym ogromnym osiedlu ma powstać aż sześć pierwszych klas, co oznacza prawie dwustu siedmiolatków w jednym roczniku. Jak w takich warunkach jeden nauczyciel ma zauważyć, że mój syn zamknął się w sobie, że czegoś nie rozumie albo że ktoś robi mu krzywdę na szkolnym korytarzu? To jest fabryka, w której liczy się tylko przetrwanie od dzwonka do dzwonka, a świetlica pęka w szwach tak bardzo, że dzieci mają kończyć zajęcia późnym wieczorem z braku wolnych sal.
Mój syn na sam widok tego wielkiego, betonowego gmachu kurczy się w sobie i pyta, czy na pewno musi tam iść, a ja nie potrafię powstrzymać łez, wiedząc, jak trudny będzie dla niego ten start. To nie jest miejsce przyjazne dzieciom, to jest wielka przechowalnia, w której cichy i wrażliwy chłopak natychmiast zniknie w tłumie głośniejszych rówieśników. Wolę zrezygnować z własnych planów zawodowych, niż patrzeć, jak moje dziecko codziennie wraca z płaczem i bólem brzucha ze stresu.
Rozważam fikcyjną przeprowadzkę
Nie zamierzam się jednak poddać bez walki, bo stawka jest zbyt wysoka i dotyczy zdrowia psychicznego mojego jedynego dziecka, które ufa mi, że podejmę mądre decyzje. Zamierzam natychmiast złożyć oficjalne odwołanie od decyzji komisji rekrutacyjnej w wybranej szkole, a jeśli to nie pomoże, będę pisać podania bezpośrednio do dyrekcji o przyjęcie w trybie uzupełniającym. Rozważam nawet fikcyjną przeprowadzkę do wynajętego mieszkania w innej dzielnicy, żeby załapać się do rejonu.
Apeluję do Redakcji i do innych rodziców − głośno mówmy o tym, że obecny system rekrutacji rani nasze rodziny. Szkoła podstawowa powinna być miejscem wsparcia, a nie przymusowym zsyłaniem wrażliwych dzieci do przepełnionych placówek rejonowych. Ja swojego syna do tego molocha nie puszczę, choćbym miała walczyć z urzędowym systemem, bo jego uśmiech i spokojny sen są dla mnie ważniejsze niż jakikolwiek rejonowy nakaz.
Inga
Napisz do nas: redakcja@mamotoja.pl
Zobacz też: „Napisałam w weekend do nauczycielki SMS-a, a ona mnie wyśmiała. Przecież to jej obowiązek”