Nauczycielka: „Poprosiłam, by uczeń starł tablicę. Po jego słowach osłupiałam”. Oto skutki bezstresowego wychowania
Jedno krótkie zdanie potrafi zmienić wszystko. Wystarczy kilka słów, żeby człowiek po 25 latach pracy w szkole nagle poczuł, że coś się naprawdę skończyło – pewna granica, pewien porządek, który przez lata wydawał się oczywisty.

To była zwykła lekcja języka polskiego w siódmej klasie. Nic szczególnego – omawialiśmy temat, zapisałam kilka rzeczy na tablicy. To była podwójna lekcja, więc po dzwonku jak zawsze poprosiłam jednego z uczniów, żeby starł tablicę.
To rutyna, drobna rzecz, która przez lata była czymś zupełnie naturalnym i niewartym nawet komentarza. Uczniowie robili to bez dyskusji, czasem z ociąganiem, czasem z uśmiechem, ale robili. Tym razem było inaczej.
Chłopiec spojrzał na mnie spokojnie, bez skrępowania, i powiedział: „Nie jestem sprzątaczką”. Bez żartu, bez ironii, bez cienia wahania. Po prostu odmówił – w sposób, który sprawił, że przez chwilę naprawdę nie wiedziałam, co powiedzieć. W klasie zrobiło się cicho, kilka osób spojrzało po sobie, ktoś nerwowo się uśmiechnął. Ja stałam przy biurku i czułam coś pomiędzy zaskoczeniem a zwykłym smutkiem.
„To nie mój obowiązek” – nowe podejście do szkoły
Uczę od 25 lat i naprawdę widziałam już wiele. Uczniowie potrafili być krnąbrni, potrafili nie odrabiać prac domowych, potrafili sprawdzać granice. Ale nawet wtedy istniało coś, co trudno dziś nazwać inaczej niż elementarnym wyczuciem sytuacji. Nawet najbardziej zbuntowane dziecko wiedziało, że pewnych rzeczy się po prostu nie mówi, a pewnych granic się nie przekracza.
Dziś coraz częściej mam wrażenie, że to wyczucie zniknęło. Zamiast niego pojawiło się przekonanie, że każdą prośbę można podważyć, każdą uwagę zignorować, a każdą sytuację obrócić w demonstrację własnych praw. „To nie jest obowiązkowe”, „nie zmusi mnie pani”, „nie chce mi się” – te zdania słyszę regularnie. I nie chodzi o samą odmowę, bo dzieci zawsze miały lepsze i gorsze dni. Chodzi o ton, o sposób, o to poczucie, że nauczyciel nie jest już kimś, z kim trzeba się liczyć.
Coraz częściej odnoszę wrażenie, że dla części uczniów szkoła stała się miejscem, w którym dorosły nie ma realnego autorytetu, a jego rola sprowadza się do tego, żeby „nie przeszkadzać”. W takiej rzeczywistości nawet najprostsza prośba – jak starcie tablicy – może zostać odebrana jako coś niewłaściwego.
Efekty bezstresowego wychowania
Wiem, że to nie wzięło się znikąd. Przez lata mówiliśmy o potrzebie szacunku wobec dzieci, o tym, że nie wolno ich zawstydzać, że trzeba tłumaczyć, rozmawiać, dawać wybór. I to są dobre kierunki – sama w nie wierzę. Problem w tym, że gdzieś po drodze zabrakło równowagi.
Dziś coraz częściej widzę dzieci, które nie znają granic, bo nikt im ich wyraźnie nie postawił. Dzieci, które nie słyszą „nie”, bo wszystko można negocjować. Dzieci, które są przekonane, że ich komfort jest najważniejszy, a każda niewygoda to coś, czemu należy się sprzeciwić.
A przecież życie tak nie wygląda. Szkoła też nie powinna tak wyglądać. Nie chodzi o to, żeby dzieci były bezkrytycznie posłuszne, tylko o to, żeby rozumiały podstawowe zasady funkcjonowania w grupie. Żeby wiedziały, że czasem trzeba zrobić coś, na co nie ma się ochoty. Że są sytuacje, w których nie wszystko zależy od ich decyzji.
Najbardziej boli to, co między słowami
To jedno zdanie – „nie jestem sprzątaczką” – wracało do mnie jeszcze długo po tej lekcji. Nie dlatego, że uczeń nie starł tablicy. Naprawdę nie o to chodzi. Chodzi o to, co kryje się pod tymi słowami – przekonanie, że pewne rzeczy są „poniżej”, że nie trzeba się angażować, że można po prostu odmówić i na tym koniec.
Najbardziej boli mnie jednak coś jeszcze. To, że coraz częściej nauczyciel musi się zastanawiać, czy w ogóle może o coś poprosić. Bo za każdym razem istnieje ryzyko, że spotka się nie tylko z odmową, ale też z reakcją rodziców, którzy uznają, że dziecko zostało „zmuszone” albo „źle potraktowane”.
W takiej rzeczywistości naprawdę trudno budować autorytet. Trudno uczyć czegokolwiek poza samą podstawą programową. A przecież szkoła to nie tylko wiedza. To także miejsce, w którym dzieci uczą się relacji, szacunku i odpowiedzialności – również za najprostsze rzeczy.
Może właśnie dlatego tak bardzo mnie to uderzyło. Bo czasem naprawdę nie chodzi o wielkie problemy, tylko o jedno zdanie, które pokazuje, jak bardzo zmienił się świat.
Napisz do nas: redakcja@mamotoja.pl
Zobacz także: Nauczyciele masowo odchodzą ze szkół. „To już nie chodzi tylko o pieniądze”