Nauczycielka zdradziła, co dzieci robią na przerwach. „Hodujecie niedojdy życiowe”
Jako nauczycielka z dwudziestoletnim stażem widzę, jak na naszych oczach, przy całkowitym przyzwoleniu rodziców, rośnie pokolenie emocjonalnych niedojd życiowych, które bez kawałka świecącego plastiku w dłoni nie potrafią wykonać najprostszej czynności.

Codziennie, gdy tylko wybrzmi dzwonek na przerwę, w szkole zapada nienaturalna cisza − nie słychać śmiechu, kłótni o zasady gry w gumę czy biegania po schodach. Zamiast tego widzę rzędy dzieci siedzących pod ścianami, z głowami spuszczonymi nad ekranami smartfonów, całkowicie odciętych od rzeczywistości i rówieśników. Patrzę na nich i serce mi pęka, bo wiem, że te dzieci tracą najpiękniejsze lata na scrollowanie głupich filmików, zamiast uczyć się życia, budowania relacji i radzenia sobie z nudą.
Przerwa w szkole to dzisiaj seans zbiorowej hipnozy
Kiedyś przerwa była czasem, gdy trzeba było wynegocjować, w co się bawimy, nauczyć się przegrywać, a czasem i dostać guza, który uczył pokory i ostrożności. Dzisiaj dzieci nie umieją ze sobą rozmawiać − patrzą w telefony nawet wtedy, gdy siedzą ramię w ramię na jednej ławce. Próbowałam organizować im gry planszowe, wystawiałam pufy do siedzenia, zachęcałam do wspólnego śpiewania, ale dla nich wszystko, co nie ma procesora, jest nudne.
Problem w tym, że ta nuda to najważniejszy element rozwoju, bo z niej rodzi się kreatywność. Odbierając dzieciom przerwę bez ekranu, odbieracie im szansę na wykształcenie umiejętności społecznych, których nie zastąpi żadna aplikacja. One nie potrafią odczytywać emocji z twarzy kolegi, bo jedyne emocje, jakie znają, to emotikony na Messengerze.
Hodujecie niedojdy życiowe, które nie znają realnego świata
Najgorsze jest to, że to przywiązanie do telefonu przekłada się na totalną niezaradność w codziennych sprawach. Widzę uczniów, którzy mają problem z zawiązaniem sznurowadła, bo ich palce są wyćwiczone tylko w przesuwaniu palcem po szkle, a nie w precyzyjnych pracach manualnych. Gdy na wycieczce proszę, by sprawdzili drogę na mapie papierowej lub choćby rozejrzeli się dookoła, wpadają w panikę, bo bez nawigacji w telefonie czują się jak w ciemnym lesie.
Rodzice, dajecie dzieciom telefony dla bezpieczeństwa, a tak naprawdę robicie z nich niedorajdy, które nie potrafią zapytać o drogę, załatwić sprawy w sekretariacie czy po prostu poczekać na autobus bez gapienia się w TikToka. To są niedojdy życiowe, które w razie najmniejszego problemu technicznego stają się całkowicie bezradne, bo nikt ich nie nauczył myślenia przyczynowo-skutkowego w realnym świecie.
Czas na odzyskanie naszych dzieci z rąk algorytmów
Często słyszę od rodziców na wywiadówkach: „On tak odpoczywa, ma przeładowany plan lekcji”. To bzdura − mózg wpatrzony w niebieskie światło nie odpoczywa, on się smaży! Te dzieci przychodzą na lekcje przebodźcowane, rozdrażnione i z zerową koncentracją, bo ich jedyną motywacją jest to, by jak najszybciej znów zajrzeć do sieci. Jeśli nie wprowadzimy w szkołach i domach całkowitego zakazu używania telefonów na przerwach, to za dziesięć lat obudzimy się w świecie rządzonym przez ludzi, którzy nie potrafią nawiązać kontaktu wzrokowego.
Apeluję do Was, rodzice: miejcie odwagę być tymi złymi i zabierzcie im te zabawki choć na kilka godzin dziennie. Pozwólcie im się ponudzić, pobiegać, a nawet pokłócić na korytarzu. Tylko w ten sposób nauczą się żyć, a nie tylko wegetować w wirtualnej klatce, którą im sami ufundowaliście.
Proszę Redakcję o nagłośnienie tego problemu, bo my, nauczyciele, bijemy na alarm, ale bez wsparcia domów jesteśmy bezsilni. Ratujmy nasze dzieci, zanim całkiem zapomną, jak to jest być człowiekiem w prawdziwym świecie.
Bożena W.
Napisz do nas: redakcja@mamotoja.pl
Zobacz też: Państwo dokłada aż 1500 zł do 800 plus. Nie popełnij tego błędu przy składaniu wniosku