Nauka w szkole to kpina? „Sama muszę uczyć dziecko ułamków, bo nauczyciel zawalił”
Miałam zaufać szkole. Miałam wierzyć, że moje dziecko jest tam po to, żeby się uczyć, a nie żebyśmy wieczorami nadrabiali wszystko od początku.

Codziennie w domu siedzę z synem przy stole i tłumaczę ułamki, choć nie jestem nauczycielką.
„Proszę to sobie powtórzyć w domu” – czyli codzienność rodzica
Mój syn jest w czwartej klasie. To moment, kiedy zaczyna się trudniejsza matematyka. Ułamki, działania, coś, co wymaga dobrego wytłumaczenia, krok po kroku.
I wiecie co? Tego tłumaczenia po prostu nie było.
Syn wracał ze szkoły i mówił: „Nie rozumiem”. Najpierw myślałam, że to normalne, że potrzebuje czasu. Ale kiedy zajrzałam do zeszytu, zobaczyłam chaos. Kilka przykładów, brak wyjaśnienia, brak ćwiczeń.
Na pytanie, co mówiła nauczycielka, usłyszałam: „Kazała przepisać z tablicy i zrobić zadania”.
A kiedy dzieci nie rozumiały? „Proszę to sobie powtórzyć w domu”.
Siedzimy wieczorami i zaczynamy od zera
Nie jestem matematyczką. Pracuję, mam obowiązki, dom, drugie dziecko. A jednak codziennie wieczorem siadam z synem i uczę go od początku.
Tłumaczę, czym jest ułamek. Rysuję pizzę, dzielę czekoladę, wymyślam przykłady, żeby w końcu „zaskoczyło”.
I wiecie, co jest najgorsze? Że zaskakuje. Czyli można. Tylko ktoś wcześniej tego nie zrobił.
Syn powiedział mi ostatnio: „Mamo, szkoda, że pani tak nie tłumaczy”. I to zdanie mnie po prostu zabolało.
Bo ja nie powinnam zastępować nauczyciela. Mogę pomóc, wesprzeć, wytłumaczyć trudniejszy temat. Ale nie uczyć całego działu od zera.
To nie jest jednostkowy problem
Rozmawiam z innymi rodzicami i słyszę to samo. Angielski – uczą w domu. Matematyka – tłumaczą po swojemu. Historia – dzieci uczą się na pamięć, bez zrozumienia.
Coraz częściej mam wrażenie, że szkoła daje temat, a reszta należy do nas.
Nie chcę nikogo atakować. Wiem, że nauczyciele mają dużo pracy, że klasy są liczne, że system nie pomaga. Ale gdzie w tym wszystkim jest dziecko? I gdzie jest sens szkoły, jeśli i tak wszystko trzeba robić drugi raz w domu?
Czuję, że coś tu bardzo nie działa. Nie chcę, żeby moje dziecko myślało, że „jest słabe z matematyki”, skoro tak naprawdę nikt mu tego dobrze nie wytłumaczył.
Chciałabym tylko jednego – żeby szkoła naprawdę uczyła. Nie idealnie, nie perfekcyjnie. Ale na tyle dobrze, żeby dziecko nie wracało do domu z poczuciem, że musi zaczynać wszystko od początku.
Dorota
Napisz do nas: redakcja@mamotoja.pl
Zobacz też: Nauczyciele nie chcą niańczyć dzieci: „Za dyżury na korytarzu należy się premia”