Reklama

Dla wielu uczniów w Polsce to codzienność. Wywoływanie do tablicy wciąż działa jak szkolne „laboratorium wstydu”.

Choć wielu nauczycieli traktuje odpytywanie przy tablicy jako standardową metodę sprawdzania wiedzy, dla dzieci bywa to doświadczenie szczególnie stresujące, przeprowadzone w atmosferze napięcia i oceny.

– Mój syn jest w szóstej klasie i naprawdę dobrze się uczy. Ale kiedy ma iść do szkoły, mówi: ‘oby dziś mnie nie wzięli do tablicy’. On nie boi się nauki. On boi się tej chwili, kiedy stoi i nagle ma pustkę w głowie, a cała klasa na niego patrzy, niektórzy w dodatku się podśmiechują – opowiada mama 12-latka.

To właśnie ten moment sprawia, że uczniowie zaczynają kojarzyć szkołę nie z rozwojem, ale z lękiem.

Wiedza znika, wstyd zostaje

Problem nie polega wyłącznie na samym odpytywaniu. Kluczowy jest kontekst: koledzy jako publiczność, presja czasu i świadomość, że każdy błąd zostanie zauważony.

– Córka jest w siódmej klasie. Powiedziała mi kiedyś: ‘Mamo, ja to umiem w domu, ale jak stoję przy tablicy, to jakby ktoś wymazał mi wszystko z głowy’. I potem wraca zapłakana, bo dostała jedynkę. Nie za brak wiedzy, tylko za stres – mówi inna mama.

Psychologowie od lat zwracają uwagę, że silny stres blokuje dostęp do wiedzy. W praktyce oznacza to, że szkoła często nie sprawdza tego, co uczeń umie, tylko jak radzi sobie pod presją.

„To nie sprawdzian wiedzy, tylko odporności”

Jeszcze mocniej widać to na późniejszych etapach edukacji, gdy dochodzi wizja egzaminu maturalnego.

– Mój syn jest w liceum i mówi wprost: ‘To nie sprawdzian wiedzy, tylko odporności’. Nauczyciel potrafi komentować odpowiedzi, poprawiać przy całej klasie, czasem ironizować. Dla niektórych to mobilizujące, ale dla wielu – paraliżujące – przyznaje mama licealisty.

W efekcie uczniowie uczą się nie tyle rozumienia materiału, ile strategii przetrwania: jak nie dać się wywołać, jak zniknąć w tłumie, jak przeczekać.

Czy naprawdę musi tak być?

Wywoływanie do tablicy nie musi być problemem samo w sobie. Może być wartościowym narzędziem – pod warunkiem że odbywa się w bezpiecznej atmosferze, bez zawstydzania i z uwzględnieniem emocji ucznia.

Dziś jednak w wielu szkołach wciąż przypomina raczej test odporności niż wsparcie w nauce. A dzieci zapamiętują nie to, czego się nauczyły, ale to, jak się wtedy czuły.

I właśnie dlatego coraz częściej mówi się o szkole jak o „laboratorium wstydu”. Bo zamiast budować pewność siebie, zbyt często uczy, jak bardzo można się pomylić – na oczach wszystkich.

Napisz do nas: redakcja@mamotoja.pl

Zobacz także: „Szkoła to nie hotel all-inclusive”. Matka załamana przykrą wiadomością w Librusie

Reklama
Reklama
Reklama