Reklama

Wszystko zaczęło się od wiadomości o tytule „Wyprawka i opłaty organizacyjne”, która przyszła na moją skrzynkę wczoraj po godzinie dwudziestej. Myślałam, że to zwykłe informacje o godzinie rozpoczęcia roku szkolnego, ale w środku zastałam szczegółowy arkusz kalkulacyjny z kwotami, które przyprawiły mnie o autentyczny zawrót głowy. Dyrekcja i rada rodziców żądają od nas natychmiastowej wpłaty stu pięćdziesięciu złotych na fundusz komitetu, kolejnych stu złotych na obowiązkowe ubezpieczenie grupowe oraz siedemdziesięciu złotych na tak zwaną składkę kserograficzną i papier do drukarek.

Do tego doszła długa lista podręczników dodatkowych do religii i języka angielskiego, które nie wchodzą w skład darmowego rządowego pakietu, co oznacza kolejny wydatek rzędu stu osiemdziesięciu złotych. Gdy podliczyłam te wszystkie pozycje, okazało się, że muszę oddać szkole kilkaset złotych za sam fakt, że moje dziecko przekroczy próg klasy, a przecież nie kupiłam jeszcze nawet porządnych butów na wf ani stroju galowego.

Presja w grupie klasowej. Jak bogate matki linczują rodziców proszących o czas

Najbardziej bolesne w tym wszystkim było jednak to, co wydarzyło się chwilę później, gdy na naszej nowej grupie dla rodziców na WhatsAppie wybuchła dyskusja o tych nieszczęsnych przelewach. Napisałam bardzo spokojnie i szczerze, że dla mnie taka suma na tydzień przed wrześniem to ogromny cios i zapytałam, czy składkę na komitet rodzicielski można rozbić na raty lub zapłacić dopiero w październiku, gdy trochę odetchnę finansowo.

W ułamku sekundy odezwało się kilka najpewniej zamożnych mam, które ewidentnie nie znają realiów życia przeciętnej polskiej rodziny. Jedna z kobiet napisała prosto z mostu, że kilkaset złotych to przecież niedużo, i że chyba nikt nie ma zamiaru oszczędzać na edukacji własnych dzieci. Nikt mnie nie poparł, w komentarzach zapadła cisza, a ja poczułam się potwornie upokorzona i odrzucona przez rodziców dzieci, z którymi mój syn ma spędzić najbliższe osiem lat.

Granice rodzicielskich wydatków. Dlaczego musimy zacząć głośno mówić „nie” szkolnym absurdom

Ta skandaliczna sytuacja z przedwrześniowym cennikiem idealnie pokazuje, jak bardzo jako rodzice daliśmy się zapędzić w kozi róg toksycznej rywalizacji i ulegania każdemu finansowemu kaprysowi szkoły. Prawo oświatowe w Polsce mówi bardzo jasno − wszelkie wpłaty na komitet rodzicielski czy ubezpieczenia grupowe są całkowicie dobrowolne i żadna nauczycielka ani dyrektor nie mają prawa nas z tego rozliczać ani straszyć konsekwencjami wobec dziecka.

Jednak w rzeczywistości panuje cichy szantaż emocjonalny, przez który potulnie płacimy na ksero, szafki i środki czystości, byle tylko nasze dziecko nie było wytykane palcami przez rówieśników i rzekomo lepsze matki. No niestety, my nie mamy worka pieniędzy. Moja miłość do córki nie mierzy się wysokością przelewów na konto komitetu, a mądre macierzyństwo to przede wszystkim spokój w domu, a nie ślepe uleganie presji otoczenia kosztem zadłużania własnej rodziny.

Pozdrawiam Was,

Ewelina


Napisz do nas: redakcja@mamotoja.pl

Zobacz też: „Przez 15 lat mąż okłamywał mnie i całą rodzinę. Gdy znalazłam jego stare świadectwo szkolne, odebrało mi mowę”

Dziękujemy, że przeczytałaś/eś nasz artykuł do końca. Bądź na bieżąco! Obserwuj nas w Google.
Reklama
Reklama
Reklama
Loading...