Reklama

Dzień dobry, piszę do Was, bo jestem po prostu w szoku po tym, co zobaczyłam w spisie lektur mojego syna, który jest przecież dopiero w czwartej klasie. Mój Bartek to bystry chłopak, lubi grać w piłkę, interesuje się klockami, ale czytanie nigdy nie było jego pasją.

I szczerze? Wcale mu się nie dziwię, skoro szkoła serwuje dzieciom takie kobyły. Zadali im „Przygody Tomka Sawyera” − książkę, która ma ponad dwieście stron! Przecież dla dziesięciolatka to jest bariera nie do przejścia, mur, który zamiast zachęcać do literatury, skutecznie do niej zniechęca na całe lata.

Dlaczego szkoła męczy dzieci archaicznymi lekturami?

Zastanawiam się, kto układa te programy nauczania i czy ta osoba miała kiedykolwiek kontakt z dzieckiem w XXI wieku. Świat poszedł do przodu, dzieciaki komunikują się obrazem, krótkim komunikatem, a tu nagle każe im się brnąć przez opisy malowania płotu czy jakieś staromodne dialogi, których nikt już nie używa. Tomek Sawyer może i był hitem sto lat temu, ale dzisiaj to dla tych dzieciaków czarna magia.

Język jest trudny, realia zupełnie im obce, a objętość książki przeraża nawet mnie, dorosłą osobę, która ma masę obowiązków na głowie.
Kiedy Bartek przyniósł tę książkę z biblioteki i rzucił ją na stół, widziałam w jego oczach czystą rozpacz. Próbował czytać pierwszy rozdział, ale po trzech stronach pytał mnie, co to znaczy to czy tamto słowo. Zamiast przyjemności, mieliśmy w domu nerwową atmosferę i frustrację. Pomyślałam sobie wtedy: po co mu to robię? Czy naprawdę chcę, żeby moje dziecko kojarzyło wieczór z mamą tylko z przymusem i nudną lekturą, której i tak nie zapamięta? Odpowiedź była prosta: nie.

Streszczenie jako ratunek dla zdrowia psychicznego rodziny

Nie czekałam długo. Usiedliśmy przed laptopem i wspólnie znaleźliśmy porządne, szczegółowe streszczenie. I co? W piętnaście minut Bartek wiedział wszystko o Tomku, o Hucku Finnie, o skarbie i o tym nieszczęsnym płocie. Nagle odzyskał humor, poszedł pobawić się z psem, a ja mogłam w spokoju zrobić kolację.

Uważam, że streszczenia to genialny wynalazek dla współczesnych, zabieganych rodziców i ich przeciążonych dzieci. Dzięki temu syn nie musi się męczyć, nie traci wzroku nad drobnym drukiem i co najważniejsze nie czuje się gorszy tylko dlatego, że nie przebrnął przez te dwieście stron.

Wiem, że zaraz odezwą się głosy ambitnych matek, które powiedzą, że to pójście na łatwiznę. Ale spójrzmy prawdzie w oczy: czy wy pamiętacie wszystko z lektur? Czy czytanie o przygodach chłopca z innego stulecia naprawdę przyda się Bartkowi w życiu bardziej niż nauka angielskiego czy programowania? Szkoła powinna uczyć krytycznego myślenia, a nie zmuszać do wkuwania opisów przyrody. Podając mu streszczenie, dałam mu narzędzie do przetrwania w systemie, który jest przestarzały.

Wygoda rodzica czy dobro dziecka? Jedno i drugie!

Nie wstydzę się powiedzieć, że zrobiłam to też dla własnej wygody. Nie po to wracam z pracy po ośmiu godzinach, żeby kolejne trzy spędzać na pilnowaniu, czy syn przewrócił kartkę w książce. Chcę mieć czas na rozmowę, na wspólny film, na spokój. Nasze dzieci i tak mają za dużo na głowie − tona zadań, kartkówki, zajęcia dodatkowe. Dorzucanie im do tego tak obszernych lektur to po prostu przesada.

Moim zdaniem w czwartej klasie lektury powinny mieć maksymalnie pięćdziesiąt stron i być napisane współczesnym językiem. Dopóki system się nie zmieni, ja będę stać po stronie mojego syna i jego wolnego czasu. Jeśli nauczycielka zapyta go o detale, Bartek sobie poradzi − streszczenia są dziś tak dokładne, że można z nich wyciągnąć wszystko, co potrzebne do sprawdzianu.

Nie dajmy się zwariować i nie pozwalajmy, żeby staromodne książki niszczyły dzieciństwo naszym pociechom. Ja wybieram spokój mojego dziecka i swój własny, a kobyły typu Tomka Sawyera zostawiam tym, którzy naprawdę nie mają co robić z wolnym czasem.

Marta, mama czwartoklasisty


Od Redakcji: Dziękujemy Pani Marcie za ten szczery i emocjonalny list. Rozumiemy frustrację związaną z przeładowanym programem nauczania, jednak jako redakcja uważamy, że mimo objętości lektur warto zachęcać dzieci do czytania pełnych tekstów. Książka to nie tylko fabuła, którą można streścić w pigułce − to przede wszystkim trening wyobraźni, wzbogacanie słownictwa i nauka skupienia, którego tak brakuje w świecie pełnym szybkich bodźców.

Podsuwanie streszczeń, choć wydaje się ratunkiem w trudnej chwili, jest w rzeczywistości nauką chodzenia na skróty. Może to sprawić, że w przyszłości dziecko będzie szukać najprostszych dróg, zamiast mierzyć się z ambitnymi wyzwaniami, które wymagają czasu i cierpliwości.

Napisz do nas: redakcja@mamotoja.pl

Zobacz też:

Reklama
Reklama
Reklama
Loading...