Nauczycielka zajrzała do grupy uczniów na Whatsappie i skamieniała. Gdzie byli rodzice? „Zdziczenie”
Współczesne technologie dają najmłodszemu pokoleniu nieograniczone możliwości budowania rówieśniczych relacji poza czujnym wzrokiem dorosłych opiekunów. Czasami jednak to, co dzieje się w cyfrowym świecie, bezlitośnie obnaża najgorsze instynkty oraz całkowity brak podstawowej empatii wśród uczniów.

Codzienne rozmowy z moimi koleżankami, które uczą w szkołach, coraz częściej przypominają mroczne dramaty. Ostatnio jedna z nich opowiedziała mi historię z ubiegłego tygodnia, która dosłownie mrozi krew w żyłach. Choć w szkołach od września obowiązuje bezwzględny zakaz używania telefonów, to po lekcjach dzieci i tak wracają do swojej wirtualnej rzeczywistości.
Wychowawczyni czwartej klasy zajrzała do grupy uczniów na WhatsAppie i skamieniała. To, co tam zobaczyła, zmusiło ją do pilnego wezwania dyrekcji. Zszokowana nauczycielka zadała proste pytanie: gdzie byli rodzice tych dzieci? Słowo „zdziczenie” to jedyne, co cisnęło się jej na usta, gdy czytała wiadomości. Grupa dziesięciolatków od tygodni celowo niszczyła psychikę swojego klasowego kolegi.
Internetowy lincz po lekcjach. Jak klasowa grupa stłamsiła ucznia
Całe zdarzenie wyszło na jaw, gdy jeden z uczniów, Adam, po raz kolejny przyszedł na lekcję zapłakany i ze stresu nie potrafił odpowiedzieć przy tablicy. Moja znajoma postanowiła zbadać sprawę i porozmawiać z nim w cztery oczy po lekcjach. Chłopiec trząsł się ze strachu i ostatecznie przyznał, dlaczego tak bardzo boi się szkoły. Okazało się, że chodzi o wiadomości, jakie dziecko codziennie czyta na swój temat w klasowej grupie na Whatsappie.
Nauczycielka poprosiła chłopca o pokazanie wiadomości i wtedy zobaczyła przerażający spektakl nienawiści. Rówieśnicy stworzyli specjalną, ukrytą przed dorosłymi grupę. Jej jedynym celem było codzienne, systematyczne gnębienie i wyśmiewanie Adama. Na ekranie roiło się od przerobionych, upokarzających zdjęć chłopca, złośliwych wyzwisk oraz memów, które rówieśnicza klika wysyłała tam przez całe popołudnia i wieczory.
Co na to rodzice? Szokująca reakcja na nękanie rówieśnika
Najbardziej wstrząsający był fakt, że w tę nagonkę zaangażowana była niemal cała klasa. Brały w tym udział także te dzieci, które w szkole uchodziły za wzorowe i spokojne. Dziesięciolatkowie pisali koledze, że jest nikim, że nikt go nie lubi i najlepiej by było, gdyby zniknął. To wywołało u wrażliwego chłopca silne stany lękowe.
Gdy wychowawczyni wezwała do szkoły rodziców głównych prowokatorów, zderzyła się ze ścianą. Zamiast spalić się ze wstydu i wyciągnąć konsekwencje, mamy zaczęły tłumaczyć, że to tylko niewinne, dziecięce żarty. Twierdziły, że szkoła niepotrzebnie robi aferę i stresuje ich dzieci sprawami, które dzieją się po godzinach lekcyjnych. Rodzice kompletnie zignorowali fakt, że ich synowie i córki w świecie wirtualnym zachowywali się jak bezwzględni tyrani pozbawieni empatii.
Porażka wychowawcza. Rodzice muszą wreszcie zacząć stawiać granice
Ta sytuacja to bolesny dowód na porażkę wychowawczą dorosłych, którzy mylą miłość z brakiem barier. Pozwalamy dzieciom na plucie jadem w sieci, a potem udajemy, że problem nie istnieje, bo w samej szkole telefony leżą zamknięte w szafkach. Człowiek, który w wieku dziesięciu lat widzi, że jego rodzice potrafią usprawiedliwić internetowy lincz, uczy się złych rzeczy. Zaczyna wierzyć, że zasady go nie obowiązują, a drugiego człowieka można bezkarnie deptać dla zabawy.
Jako mądre mamy i ojcowie powinniśmy regularnie kontrolować telefony naszych dzieci w domach i sprawdzać, do jakich grup należą, oraz co tam robią. Stawianie sztywnych barier dla nienawiści w internecie to nasz obowiązek, bo chyba nikt nie chce wychować pozbawionych uczuć hejterów.